niedziela, 19 grudnia 2010

... cz.II

- Proszę wymień mi trzeci najważniejszy dokument Królestwa.
- Prawo Magii wypisane przez Moc w Dzień Wielkiej Wody.
- Artykuł 196?
- Przecie już go wymieniłeś. – powiedział Pat po czym nad jego prawym ramieniem pojawił się mały latający elf oznajmiając ważnym biurokratycznym tonem:
- Artykuł sto dziewięćdziesiąty szósty Prawa Magii wypisanego przez Moc w Dzień Wielkiej Wody. Na każdym stworzeniu magicznym ciąży obowiązek uzdrawiania wszystkich, którzy należytej pomocy potrzebują. Chorych, cierpiących i umierających. Zabrania się pod groźbą ciężkich magicznych konsekwencji zapisanych w innych dokumentach, rzucania na wyżej wymienione osoby jakichkolwiek innych czarów niż ratujące i uśmierzające ból.
Elfik zniknął tak szybko jak się pojawił. Bezimienny był w lekkim szoku.
- Widzisz.
- Pat ja jestem naprawdę wyrozumiały. Ja rozumiem wiele rzeczy. Rozumiem, że możesz mieć uprzedzenie do nieznajomych, ale mimo wszystko nie masz prawa, brać wszystkich za Twoich wrogów rodem z Szeolu, których głównym założeniem jest Twoje unicestwienie.
- Jas, ja nie chciałem – tłumaczył się pokornie
- Wiem, że nie, ale musisz uważać. Powoli zaczynasz nie odróżniać przyjaciół od wrogów. Nie wszyscy są źli Pat. Wielkim po prostu poprzewracało się w głowie. Starość nie radość, a i Szeol przez te tysiące lat nie próżnował i wymyślił alternatywę dla Magii. Przecie Ty o tym wszystkim wiesz. I na Cztery Gwiazdy Miłości powiedz mi, gdzie się podział wielki Bezimienny?
- Bezimienny nie istnieje! – krzyknęło rozżalone Uczucie – czy wyście wszyscy powariowali. Czy naprawdę nikt nie pamięta ostatniej Wielkiej Bitwy kiedy w jego serce godziły: włócznia Egoizmu, strzała Brudu i miecz Obłudy? ABSOLUTNIE NIKT NIE PRZEŻYŁBY TAKIEGO ATAKU. – krzyknął przez łzy.
- Ty go przeżyłeś. Z pomocą Miłości, Nadziei, Wiary, Albusa, Michaela i innych Tobie przyjaznych. Ty byłeś panem wielu wolnych istot. Darzyłeś wolnością i przyjaźnią. Pat nie zapominaj, że jesteś Bezimiennym. Jesteś i zawsze będziesz i Bezimiennym i Patem i Tęczowym Chłopcem. Pokochaj samego siebie. Pokochaj w sobie swą słabość. Byłeś na łonie Śmierci, czy naprawdę nic to doświadczenie Cię nie nauczyło?
Pat wstał i wyszedł z chatki. Las pokrywał się rumieńcem amarantowego słońca. Puma leżała przed schodami prowadzącymi do domku. Mag powoli zszedł i usiadł koło osłabionego kota.
- Panie – urwało się ciche łaknienie
Bezimienny spojrzał pod ledwo uchylone powieki, spojrzał w głąb serca tej cierpiącej istoty. Oglądał w nim smutek, żal i tęsknotę. Wytężył swój umysł i starał się spojrzeć głębiej. Położył delikatnie dłoń na łapie kota. A na swoim ramieniu poczuł bladą dłoń niegdysiejszego anioła, który łączył się z nim telepatycznie:
- Pamiętaj kim jesteś. tylko przez pryzmat całego siebie odkryjesz prawdę.
Ręka jakby rozpłynęła się i Pat został sam z osobą, która twierdziła, że jest jego poddanym. Uczucie siedziało i badało zniszczone serce poranionej istoty. Gładziło ją po łapie i podświadomie oddawało swoją ognistą moc uzdrawiając z ran. Pat zobaczył piękne serce pełne Bólu i Nicości.
Wziął głęboki oddech, powietrze było nieco chłodniejsze. Nie przejął się, tylko raz jeszcze skupił swą współodczuwającą moc, by odkryć i ukoić cierpienie przybyłej. Zobaczył cudowne doliny Dobra poprzerywane wstęgami piekielnej Obrzydliwości. Mijał w jej sercu kolejne pokłady Miłości i Ciepła, by znów natknąć się na odpadek jakiegoś głodu przyjaźni. Mimo swego piękna serce było tak przeżarte Szeolem, że pustelnik i nie mógł znieść jego widoku. Uronił granatową jak tęczówka Jassina łzę, która mroźnym szlakiem opłynęła jego drobny policzek. Kropla szczerego zrozumienia i współczucia padła na nos Pumy. Pat zmęczony uchylił powieki, świat oblał się skromnym fioletem brzasku. Kot otworzył oczy i spojrzał na swego władcę swymi pięknymi atramentowo srebrnymi oczyma. Pat odnalazł w nich swe odbicie. Obicie Bezimiennego.
- Panie.
- Blanka.
- Poznałeś mnie Bezimienny. Widać moja ucieczka z Szeolu nie poszła na marne.
- Blanka jak się tu dostałaś, dlaczego byłaś w niewoli Szeolu?
- Opowiem Ci wszystko tylko obiecaj mi jedno.
- Wszystko czego zapragniesz najdroższa.
- Pozwól mi znów żyć pod Twymi skrzydłami, jak niegdyś żyłam w pałacach Tęczowego Chłopca.
- Obiecuję – rzekł pustelnik, po czym objął dawną przyjaciółkę ramieniem. Następnie wrócił do chatki, w której wyczarował nowy fotel dla Blanki. Usiedli naprzeciw siebie i zaczęli rozprawiać o czasach świetności i niewoli. Nie skończyli jednak gdyż, zmęczeni całonocnym penetrowaniem swych serc usnęli w dziewiczej aurze reaktywowanej przyjaźni. A nad snem ich czuwał sam strażnik Betty.

czwartek, 21 października 2010

... cz. I

Bezimienny wracał z posiedzenia Pustelników, pogrążony we własnych nieuczesanych myślach. Szedł zamyślony przez Dzwoneczkowy Las, po ścieżce, która prowadziła do jego magicznej chatki. Wspierał się na swojej zaczarowanej lasce, w której znajdował się Amirater – najpotężniejszy z istniejących w Królestwie artefaktów. Szedł i powtarzał sobie słowa i obrazy, które dane mu było zobaczyć na wiecu. Pustelnicy spodziewali się nowej duszy w swych szeregach. Kamień Pata był niespokojny, znaczyło się, że i życie nowo przybyłego ma być pełne zawirowań, a jego przyszłość jest nieznana. Ba! nawet nic nie było wiadomo jego przeszłości i teraźniejszości, jak gdyby nigdy jegomość nie istniał. Siedząc pośród reszty pustelników, nie żywiąc do nich żadnych uczuć, czuł, że jest jakoś dziwnie związany z kimś z obrazów, jakie dane było mu zobaczyć.
Nawet nie zauważył, kiedy przechodził, przez wszystkie zabezpieczenia, chroniące jego ziemie. Podniósł oczy, by czarem otworzyć drzwi i znieruchomiał. Na stopniach prowadzących do wejścia domku leżała czarna puma. Pustelnik przywdział pozycję obronną i wycelował koniec swojego kija w leżące, nie zwracające na niego uwagi zwierzę. Odczuł zagrożenie, tym samym pogoda i muzyka na tym niewielkim skrawku ziemi przybrała nieco groźniejszy ton. Bestia leniwie podniosła ślepia na nowoprzybyłego. Wydawała się być straszliwie przemęczona, można byłoby się szarpnąć na stwierdzenie, że wyglądała jak ledwo żywa. Wsparła się na łapach i szepnęła:
- Panie – jej tył opadł na ziemie, próbowała utrzymać fason trzymając wyprostowane przednie łapy.
- Co Cię tu sprowadza – zapytał nieufny Pat – i dlaczego mnie tak nazwałaś? – zapytał
- Byłam wolna pod Twymi skrzydłami, więc byłam Twoja, będąc niczyją. – wypowiedziała przerażona na jednym oddechu i upadła.
Mimo tych szczerych chęci Pat dalej mierzył do niej niby z miecza. Przez wszystkie wyczerpujące, pustelnicze nowinki zapomniał o powłoce chroniącej jego ziemie przed istotami mu nie przychylnymi. Potwornie się bał. Już nie był tym kim był kiedyś. Kiedyś przynajmniej wydawało mu się, że jest wielki, teraz i to złudne przekonanie uleciało z jego ego. Bił isę z myślami nie wiedział jak zareagować.
-„Rzucę na nią jakieś bardzo proste zaklęcie i dowiem się kim jest” – pomyślał i zaczął formułować w myślach formułę, jego moc kumulowała się w Amiraterze, który nie bezpiecznie błyszczał i w tym momencie między kosturem maga i istotą zaczęła materializować się czarnowłosa postać. Jeszcze dobrze się nie pojawiła a już darła się w wniebogłosy:
- Czy Ty do stu Niejaw nie wiesz, ze na chorych, cierpiących i umierających nie rzuca się czarów innych niż uzdrowicielskie, barani łbie?!
Tego Pat zupełnie się nie spodziewał i z wrażenia upuścił różdżkę.
- Jassin…
- No a kto ma być Ty półgłówku ? – wrzasnął i odwrócił się do pumy delikatnie uniósł jej głowę i spojrzał na nią tymi swoimi uzależniającymi niebieskimi oczyma. – A teraz policzę się z Tobą Pat! – warknął i zaciągnął go siłą do chatki, rzucił go na krzesło i zaczął:

środa, 4 sierpnia 2010

8. cz.II

- Widzieliśmy go już. – stwierdziła – Był sprawdzany przez Cinom. Pół hobbit pół wirtuoz.
- Aaa…- przypomniał sobie Pat, chciał się ucieszyć, jednak świadomość tak wielkiej straty dawała mu się we znaki.
- Myślisz, że da radę wyszkolić potencjalnych epistemografów należycie dobrze ?
- Nie wiem.
- Nie za młody on jest na mistrza ? – zainteresowała się Bella
- Dobre pytanie, jednakowoż Cinom jest niewiele od niego starsza.
- Nie wierzę, przecie ona była najprężniejszą z mistrzów. Ale tak częste nadwyrężanie mocy nie może prowadzić do niczego dobrego.
Pat powoli oswajając się z tą myślą wstał i spojrzał na Matyldę:
- Tak poproszę kawy.
- Oczywiście. W sumie nie zastanawiałaś się by kiedyś zostać oficjalnie Kawoszką ? Myślę, że władza nie miałaby nic przeciwko – uśmiechnął się Pat
- Bardzo zabawne.
Kiedy one rozmawiały, Bezimienny penetrował podziemia swojej chatki w poszukiwaniu najlepszej kawy, wśród miliona rudych puszek z herbatom trudno było mu doszukać się tego bordowego połysku. W końcu jednak znalazł kawę, koło miodowych ziółek i wódki z pelargonii. Była to jedna z najdorodniejszych kaw w Królestwie. Pat lubił swoje kolonialne podboje, dostawał mnóstwo różnych orientalnych ziół, herbat i trunków, sam pijał tego niewiele, lecz miał czym częstować gości. Parę delikatesów było nielegalnych gdyż, nie uzyskał należytego wieku do ich posiadania, ponieważ zawierały one wysokie stężenie iluminy. Złośliwi nazywali ją Krwią Iluzji. Ponieważ po wypiciu takowej mogło się zwariować i uzależnić.
Wystawił głowę z dziury w podłodze. One już zmieniły temat na najnowszą kreacje Simej, która preferowała ostatnio spodnie, co było nie lada skandalem, graniczącym z czystą perwersją, jak zawsze stereotypy dawały się we znaki.
- No i wyobraź obie, że ta blada piękność, paradowała na tym bankiecie w spodniach. Wysokie szpilki na rzemyki i ta błękitna kamizelka delikatnie odsłaniająca jej biust, nie wspomnę o tym, że nawet nie pomyślała o ubraniu czegoś pod ową kamizelkę. – wyliczała prawie zdegustowana Bella
- Podsumowując wyglądała olśniewająco. – skwitował Pat.
- Powiedzmy – mruknęła
- Powróćmy zatem do spraw ważniejszych niż plotkowanie o guście królowej – powiedział i wyczarował trochę wody, bo ta, która została po Bellowej herbacie nie wystarczyła, nalał ją do czajnika i postawił na ogniu, racząc przyjaciółki swym świdrującym zielonym wzrokiem – Więc jak on ma na imię?
- Samoz – rzuciła niedbale Matylda
- Więc niech i będzie Samoz – rzekł Pat podając Mat kubek z kawą.
A później zaczęli rozprawiać o nowych w klasie, tych roku poprzedniego, którzy ponoć problem mięli z myśleniem niegdysiejszym i logiką. I o tym jak zostaną przyjęci, przez te dwa gobliny. Baonet był gdzieś daleko, więc nim na dzień dzisiejszy przejmować się nie musieli, to on raczej przejmował się tym, że nie dostanie żadnej sensownej pozycji w klasie.
Rozmawiali tak do późnego wieczora, kiedy Pat je pożegnał, ogarnął trochę w chatce i napisał pokrótce całe zdarzenie Albusowi. Myśląc o przyjacielu wziął do ręki ciężki tom podstaw epistemogragi i zanurzył się w nim bez reszty.
Tak czytając usnął. Już tylko chwile dzieliły go powrotu w mury towarzystwa. Mury towarzystwa. Mury. Towarzystwa. Kolejne pytania kołatały jego śniącą głowę, lada dzień na większość z nich otrzyma odpowiedź, lecz nie był pewien czy tego chce. Poprawił poduszkę i usnął na dobre, a sen jego był piękny.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

8. cz.I

Inauguracja nastąpić miała lada dzień i znów przez czas długi praca… Niechęć była tym większa, że Albus wybył i nikt nie będzie mógł pomagać Pustelnikowi w epistemografi. Uwielbiał Mistrzynię, była w stanie nauczyć go wszystkiego, jednakowoż, chciał wiedzieć więcej, chciał ją zaskakiwać. Krzątał się po domu, chciał podokańczać milion spraw, które zaczął, ale których nie dane było mu ukończyć w tym czasie. Teraz czekało go po trzykroć czy czterykroć więcej pracy i o stokroć mniej czasu. Jeszcze nie widać było słońca, kiedy do chatki zapukała jakaś ożywiona osoba:
- Pat otwieraj, wiem że tam jesteś. Pat! – dobijał się przybysz.
Pustelnik lekko zdekoncentrowany wygramolił się z łóżka, pstryknął palcami, by się jakoś ogarnąć i otworzył pospiesznie drzwi.
- Bella ?! Co Ty tu robisz ? – spytał skołowany.
- Przyszłam Cię odwiedzić przed inauguracją, co nie można ?
- Oczywiście, że można. – I wpuścił niską, śliczną blondynkę w próg swego domostwa. Ubrana w cekinową, krótka sukienkę, odsłaniającą uda. usiadła na krześle.
- Malinowej ? – spytał gospodarz
- Poproszę.
- Więc co Cię tu sprowadza moja droga ?
- Plotki i fakty – usłyszał odpowiedź, krzątał się przygotowując napój malinową herbatę miał wyjątkowo na wierzchu, wśród książek, na półce z historią królestwa.
- Jakież to informacje Cię sprowadzają ? – pytał mieszając wodę.
- Mistrzyni odeszła. – rzuciła bezpretensjonalnie, z jakimś dziwnym żalem.
- O to dobrze, czyż nie o to nam chodziło? – ucieszył się Pat
- Ale to nie Teranie odeszła. – mówiła krótkimi sztywnymi zdaniami, co było niepodobne do jej zwykłej zawiłej mowy.
Pat zastanowił się chwilę:
- Nie ? – nie dowierzał – w takim bądź razie kto? Saruj? Sibema?
- Nie, nie, nie. – zaprzeczała.
Pat nalał przyjaciółce herbaty, w ładny bladoróżowy szklany kubek wysadzany perłami. Odwrócił się by podać jej wywar, kiedy ona wypowiedziała słowa, które nie chciały dojść do uszu Pata, czary Pustelni, rzeczy, których nie chciał słyszeć w tym miejscu zakrzywiały swe dźwięki i nie mogły nie dochodzić do jego uszu. Jednak Bezimienny chciał dowiedzieć się o kim była mowa i przywołał bytujące gdzieś między obecnymi słowo do swych uszu. I chatkę wypełniło krótkie ciche słowo wypowiedziane przez Bellę:
- Cinom.
Pat puścił kubek, który miał podać gościowi, ten rozbił się na milion kawałków, a jedna z pereł go okalających przeturlała się wprost pod stopę przybyłej.
- Jak to? – mówił prawie bezgłośnie.
- Też byłam zdruzgotana – Pat wodził ręką w powietrzu wyszukując nią oparcia krzesła, kiedy w końcu je znalazł przystawił je sobie i opadł na nie – udało mi się jednak dowiedzieć, że Cinom, bardzo dużo mocy odbierało stawienie się w Towarzystwie, a wesz przecie ile mocy prócz tego wykorzystywała chociażby na naszych lekcjach, a pamiętaj, że nie tylko my byliśmy jej podopiecznymi.
- No wiem, że wypruwała z siebie wszystkie ośrodki mocy, byleby nas czegoś nauczyć, ale jak ja teraz zdam egzaminy? Przecież ktoś nas musi przygotować, kto będzie w jej zastępstwie? – kolejne pytania wypadały mu z ust.
- Nic nie wiem.
- Poczekaj tu chwilę. – poprosił, sam wspomógł się laską i otworzył drzwi na oścież.
Końcem laski zakończonym jego umiłowanym czarnym diamentem wycelował w niebo i zawołał donośnym głosem:
- Matyldo!
Nic szczególnego się nie wydarzyło, prócz wystrzelonej wiązki światła w niebo. Pat chciał wrócić na miejcie, jednak między drzewami coś się poruszyło. Po żwirowej ścieżce kroczyła Matylda:
- Nie trzeba było Bezimienny.
- Co, ale jak ?
- Widziałam jak Bella wyruszał do Ciebie, domyśliłam się o czym chciała z Tobą rozprawiać, a ponieważ mam chyba potrzebne wam informacje to pozwoliłam sobie przybyć tu za nią. Koniec.
- Wejdź proszę – wskazał jej swoje poprzednie, ona wchodząc powiedziała:
- Amis – i zbita szklanka, wraz z zawartością wróciła do poprzedniej postaci.
Matylda podała ją Belli. Pat tymczasem wyczarował nowe krzesło.
- Więc kto obejmie Mistrzostwo za Cinom ?

środa, 7 kwietnia 2010

7. cz.III

Następnie mozolnie wgramolił się do kosza, gdzie czekało nań czworo ludzi. Dwu techników rodem z Milenio rzuciło jakieś zaklęcia i balon zaczął się powoli unosić.
- Albus – krzyknął nagle Pat i podbiegł do unoszącego się balonu – weź to proszę – wręczył mu swój szkicownik.
- Dziękuję Gabrielu – odpowiedział takim głosem, że Pat poczuł jakiś taki wewnętrzny pokój.
Wszyscy kiwali wybywającym. Kiedy balon był na wysokości czubków drzew Pat rozejrzał się nerwowo wokół, rzucił zaklęcie przed siebie, które utworzyło jakby początek tęczy, w którą wskoczył. Tęcza poniosła go ku górze, ku zdziwieniu zgromadzonych.
- Co on robi – zapytał z niedowierzaniem Raf.
Tęcza zaczęła rosnąć, Pat przybliżał się do balonu. Kiedy był jakieś dwie stopy od urządzenia wypowiedział tubalnie takie słowa:
- Ja z dobroci Pat, obiecuję pisać do Ciebie Albusie. – mówiąc to rozłożył ręce, a z jego serca popłynęła wiązka światła, która trafiła w serce Albusa. Michael zrobił smutną minę, gdyż wiedział jakie będą tego następstwa, Gabriel oświecił go przed podróżą, swoimi wizjami przyszłości.
- Co on zrobił? – zapytała Michaela przerażona Iris.
- Złożył Gabrielowi obietnice. Mnie bardziej interesuje co to ma być za tęcza.
- Tęcze za chwilę Ci wytłumaczę, Ty mi lepiej powiedz o co chodzi z tą obietnicą? – poprosiła Iris
- Pat złożył obietnicę Albusowi, jeżeli jej nie spełni będzie odczuwał straszliwy fizyczny i duchowy ból. Miło swojej już obecnej więzi, zawiązali między sobą nową, bardziej dojrzałą, która jest wyborem ich obu. Zeszła była jakby zależna od Albusa. Ta przed chwilą musiała zostać zawiązana za zgodą obu. Pat dorasta, choć bardzo potrzebuje swego opiekuna, robi wszystko by mu udowodnić, że sobie poradzi. Najgorszym błędem było zatajenie przed Patem jego nowej natury. Do czasu oświecenia go minie wiele niepotrzebnych dni. Ufam, że będzie dobrze, bo cóż innego mi pozostało.
Iris była trochę zszokowana. Kiedy jednak w końcu przetrawiła te wszystkie informacje odpowiedziała:
- Chcesz mi powiedzieć, że on nie wie o tym, że został następcą Emilii ? Toć to czyste szaleństwo, z jego zdolnościami to nie wyjdzie na dobre. Ty nie możesz mu powiedzieć ? Przecie też jesteś z nim poniekąd związany, nieprawdaż ?
- Nie Iris, to Albus przyjął go pod swoje skrzydła jako niemowlę po wojnie, wiedział co godziło w serce Pata, skoro on uważa, że postępuje słusznie ja mu bezgranicznie ufam. Iris – kontynuował – cała nasza trójka jest związana z Patem, ale to Albus wprowadził weń ponownie życie, myśmy to życie tylko pielęgnowali. To, że na prośbę Albusa i przy jego współpracy stworzyliśmy dla Pata pustelnie było tylko czystą braterską miłością, ale to mimo wszystko Albus ma większe prawa niż my. Niby jesteśmy równi rangą, ale każdy z nas jest różny i to sprawia, że Królestwo jest piękne. Teraz Twoja kolej – skończył.
- Hmm… niech będzie. Widzisz Michaelu ta tęcza to pewien bonus od jego poprzedniego wcielenia. Mimo faktu ponownych narodzin, starych umiejętności się nie pozbył i tęcza dalej jest mu posłuszna. Pat nigdy nie przestanie być Tęczowym Chłopcem, choć bardzo stara się wyprzeć całą swoją przeszłość. Dalej ma prawo do dysponowania kolorami. To zaklęcie służyło mu niegdyś do podróży do Amarantu. Wyczarowywał tęczę u siebie w Tęczowym Pałacu, a ona sunęła łukiem po nieboskłonie, ta tu, jest tylko zalążkiem tej prawdziwej, gdyby chciał podniosłaby go aż po sam horyzont.
- Masz racje. Nie wolno zapominać o swej przeszłości, bo teraźniejszość to tylko iluzja, a przyszłość to marzenie. Przeszłość musi być rozpamiętywana, by teraźniejszość była pięknem, a przyszłość tajemnicą. Może dziwnie to brzmi w ustach wiedzącego, ale cóż. Na przykład teraz Pat pamięta o waśni z Tobą, ale jesteście już pogodzenie, więc dziś jest piękne, a jutro będzie nowym cudownym dniem.
Pat stał już na ziemi kiedy skończyli rozmowę, podszedł do nich i uśmiechnął się.
- Lecimy Iris? – zapytał
- A bardzo chętnie - powiedziała już całkiem innym niż przed chwilą tonem. Złapał ją więc za rękę i powiedział do Michaela – Wybacz przyjacielu, pozwól, że Cię opuścimy. – uśmiechnął się – Zaczął się nowy rozdział w naszym życiu, a jeśli nie w naszym, to w moim na pewno, ale w sumie nasze przygody się przeplatają, więc ten dzień i ta podróż wniesie do każdego z nas coś swojego – spojrzał na niknący w górze balon. I wypuścił z rąk zaczarowane kolorowe motyle. – Niech ma na pożegnanie. Idziemy ?
- Oczywiście. – opowiedziała Iris i skierowali się ku stajni. Tam wypożyczyli dwa wspaniała czarne wierzchowce i popędzili do Pustelni, gdzie rozmawiali do wieczora o Albusie, Jazzie i nieznanej prawie nikomu przyszłości.

wtorek, 6 kwietnia 2010

7. cz.II

Kiedy tam dotarł, standardowo cała okolica wrzała od rozmów, płaczów, pożegnań, Pat rozejrzał się i zobaczył Michaela. Podszedł do niego:
- Albus już jest, hmm…? – zapytał
- Nie widziałem go, mówił, że będzie miał multum bagażu, więc szybko bym isę go nie spodziewał.
- Długo już jesteś ?
- Nie, chwilę.
- Nie chcę żeby wyjeżdżał.
- Wiem Pat, wiem. – odwrócił się do niego i pocieszył swoim uśmiechem.
Kiedy tak rozmawiali za nimi dobiegły ich ożywione debaty o Życiu, Śmierci, Światłości i Gabrielu. Obydwaj rozmówcy odwrócili się w stronę nadchodzących. Im oczom ukazały się dwie postacie, Rafael i Raf. Nawet ich nie zauważyli tak pochłonięci byli wzajemnym dialogiem.
- Może jednak wrócilibyście do rzeczywistości, hmm…? – zapytał
Nawet go nie zauważyli, bardziej rozbawiony niż poirytowany podstawił jednemu nogę, finał był doskonały, Rafael znalazł się w ułamku sekundy na ziemi nieświadomy co się stało. Następnie połowa obecnych wokół nich usłyszała wrzask: PAT!!!. Raf nie szczędził sobie żartów z leżącego. Michael pomógł przyjacielowi wstać. Kiedy wszyscy doprowadzili się do porządku, cała czwórka zobaczyła przygotowania balonu, ogromnego balonu.
- Nienawidzę tych nowoczesnych form transportu – mruknął Bezimienny
- Przecież to wcale nie jest nowe – zaprzeczył Rafael
- No ale pochodzi z Milenio, a tam wszystko jest takie techniczne. – wzdrygnął się Pat
- Marudzisz – podsumował go Raf.
Balon z koszyczkiem napędzany jakoś magicznie na ciepłe powietrze, większość magów uważała to za totalny bezsens, gdyż magia oferowała im lewitacje, teleportacje i milion innych form szybkiego przemieszczania się. Niestety niektóre instytucje, jak na przykład ta albusowa chroniły się szeregiem tarcz antymagicznych co skrzętnie utrudniało nawet potężnym istotom dostanie się na teren owych. Kiedy tak rozprawiali o niczym, obok nich ktoś rzucił prośbę:
- Może przestaniecie stać jak te kołki i mi pomożecie, co ?
- Albus! – wymownie powiedział Pat – nie przesadzasz trochę ?
Za raz pożałował swoich słów, jego opiekun klasnął w dłonie i w ręku każdego z uczestników debaty pojawiła się torba, tobołek lub inny bagaż.
- Ty zwariowałeś ? – zapytał niedowierzaniem Raf.
- Nie skądże – uśmiechnął się wręczając mu jeszcze 3 opasłe tomy.
- Przecie jeszcze wrócisz na dzień lub dwa ? – nie wiadomo czy zapytał czy stwierdził Pat
- Eee... – zająknął się Albus – takie były plany, ale uległy one małej zmianie.
- Co to znaczy ? – dobitnie zapytał Bezimienny
- Że już nie wrócę, znaczy na ten czas nie.
- Dobrze chodźmy już – przerwał mu Pat. Wiedział, że Albus wybywa na długi czas, ale miał wrócić, by dopełnić jakieś papierkowe sprawy. Oczywiście Michael i Rafael nie zrobili zdziwionych min. Do tego jednak był przyzwyczajony, ta ich ogromna braterska przyjaźń, uosobienie jakiejś takiej wzajemnej solidarności, empatii i zrozumienia. Musieli wiedzieć wcześniej. Wszyscy stanowczym krokiem podążyli ku kolorowej nabrzmiałej kuli.
W koszu było już dwu ludzi, a dwu innych krzątało się wokół, bawiąc się jakimiś linami.
- Albus – uśmiechnęli się promiennie podróżnicy.
- Tak to ja – odwzajemnił gest Wiedzący.
- Gdzie twoje bagaże, hmm…? - zapytał jeden z techników.
- Idą – mężczyzna wskazał na pochód za sobą.
Kolejno: Raf, Rafael, Michael i na końcu pogrążony w niewesołych myślach Pat. Kiedy się zatrzymali Bin wpadł na przyjaciela, puszczając torbę Albusa.
- Przepraszam – mruknął ledwo słyszalnie.
- Proszę te bety wrzucić tu – jeden z inżynierów wskazał rozłożone prześcieradło.
- Latający dywan? – zakpił cicho Raf, ale nikt go nie usłyszał.
Kiedy już każdy wrzucił Gabrielowe rzeczy na właściwe miejsce, przyszedł czas na pożegnania. Pierwszy był Raf, uścisnęli sobie ręce, spojrzeli w oczy wymienili między sobą jakieś półsłówka i zakończyli w przyjaznym uścisku. Następnie Rafael i Michael to wyglądało jak jakieś mistyczne bractwo, bo pewnie podświadomie takim było. Milczeli i patrzeli sobie w oczy, telepatia na wysokim poziomie, uśmiechali się. Pat mógłby jednak przysiąc, że widział w oku Michaela łzę. Kontemplowali isę tak i wspierali wyglądało to co najmniej pięknie. Trzech uduchowionych Wiedzących, którzy dodawali sobie otuchy. Pat miał cały czas jakieś wątpliwości, czy dawać przyjacielowi swój notatnik. Jak zwykle pogrążony w myślach kłócił się ze sobą w duchu. Nim, po pożegnaniu się z dwójką przyjaciół, zdążył się odwrócić na miejsce przybiegła Iris.
- Albus, przepraszam najmocniej – tłumaczyła się – Musiałam dokończyć mój mały prezent dla Ciebie.
- Oj przestań, nie trzeba było. – pocieszył ją, po czym ona rzuciła mu się na szyję.
- Do zobaczenia.
W końcu przyszedł czas na ostatnie pożegnanie – z Patem. Gabriel stanął przed podopiecznym:
- Gabriel Młody – powiedział Albus.
- Gabriel jest tylko jeden Gabrielu – spojrzał nań swoimi zielonymi oczyma – Nie chcę żebyś wybywał. To zbyt daleko, tam list idą latami, tam na pewno będą Cię źle karmić, nie będziesz mógł się przyzwyczaić, ograniczą CI papieru, piór i atramentu, ja sobie po prostu bez Ciebie nie poradzę. – złapał swoją torbę, ale zrezygnował. Delikatnie złapał twarz Albusa swoimi dłońmi i stanął na palcach, gdyż był od opiekuna niższy, ten pochylił głowę i Pat pocałował go w czoło.
- Nie zapomnij o mnie – poprosił Pat, a po jego policzku popłynęła łza.
- Nie zapomnę Pat, nie zapomnę. – przyrzekł.

piątek, 19 lutego 2010

7. cz.I

Dzień zapowiadał się obiecująco, w pustelni promienie rozespanego jeszcze słońca okalały delikatnie chatkę. Teoretycznie zapowiadał się kolejny ciepły, przytulny, piękny dzionek. Nie wszyscy jednak podzielali euforię nowego dnia. Pat doskonale wiedział co czaiło się za tym pięknym wschodem, ostatnie spotkanie z Albusem, na bardzo długo. Nie chciał zastanawiać się co będzie później, był zbyt uradowany, nie miał czym się cieszyć, a mimo to radość wypełniała jego serca. Jedyną rzeczą, która mogła go jakoś pocieszać był fakt, że Gabryel będzie teraz szczęśliwszy. Gdyby tylko nie wyjeżdżał tak daleko, podróż balonem była rzadkością. Bezimienny jednak, nie chciał jeszcze o tym myśleć, słał łóżko, zrobił sobie herbaty i zabrał się za pisanie nowego zaczarowanego sonetu, uwielbiał tworzyć ten typ zaklęć, choć sam nieczęsto ich używał.
Snuł się po domu całe przedpołudnie, pisał, krzątał się, silił się przed samym sobą na spokój. W pewnym momencie wstał od stołu zbyt rozkojarzony by cokolwiek wymyślić, wyszedł na podwórze i wziął swoją laskę podróżną. Wrócił się jeszcze po szkicownik, jedyny prezent jaki mógł dać Albusowi. Dziennik z autorskimi zaklęciami, rysunkami, pięknie wykaligrafowany. Wsadził weń również list sprzed wielu dni, nie wiedział co w nim było, wiedział tylko, że adresowany był do wybywającego. Wziął tobołek – brązową torbę, przewiesił przez ramię, poprawił zielony płaszcz. I poszedł dróżką w stronę Dzwoneczkowego Lasu. Nitka poprowadziła go aż do granicy drzewnego skupiska, tam szepnął:
- Zabierz mnie stąd opiekunko.
Naraz zebrał się wiatr, liście zaczęły tańczyć wokół chłopaka, a on sam trwał tak niewzruszony. Niknął w południowym słońcu. A wiatr niósł go do miejsca tak bardzo przezeń niechcianego, o miejsca rozstania.

czwartek, 4 lutego 2010

6. cz.VII

- Jazz – jęknął
Posłaniec niechętnie potwierdził głową, Iris zrobiła zszokowaną minę. Pat wziął kopertę i wyjął z niej list. Zaczął:

„ Czy pamiętasz wspólne chwile
Tak spędzonych mile.
Tyleśmy razem przeżyli
Świat wzrokiem mierzyli
Czy pamiętasz uśmiech mój
Ja przez mgłę znam Twój.
Jam Ci już przebaczył bracie.


Teraz Twoja kolej.
Jazz.”


Wszyscy zamilkli, głuchość oddechów, była jak bezdenna studnia dźwięków. Gospodyni chcąc ostudzić nieco tę mało sympatyczną atmosferę, klasnęła w dłonie. A kominek zajął się wesołym rudym płomieniem. Słońce już zaszło, więc ogień rzucił na izbę nieco blasku.
- Co zamierzasz z tym zrobić? – zapytała
- Nic. – warknął niegrzecznie.
- Może doceniłbyś fakt, że wyciągnął do Ciebie rękę?
Pat wpadł w dziką furię:
- Czyś ty do reszty postradała rozum – krzyczał – Po tym wszystkim co mi zrobił ja mam tak po prostu mu przebaczyć? Uważasz, że on miał mi cokolwiek do wybaczania?
- Tak. – odparła
- Wyśmienicie – awanturował się – Ja tak nie uważam. Myślę, że po raz kolejny rzucił zaklęcie. Ja go nie znam Iris. Już go nie znam. Nie wiem kim on jest.
- Może warto byłoby mu zaufać?
- Jemu? – zaśmiał się diabolicznie, krztusił się własnymi słowami. – To istota niespełna rozumu.
- Tak jak Ty teraz.
Pustelnik miał tego dość rzucił przyjaciółce nienawistne spojrzenie. I zapytał już trochę spokojniej:
- Czemu Ty zawsze musisz go bronić?
- Bo jest moim przyjacielem.
- Iris on już nie jest sobą. Ten czar zabija wszystkie emocje i uczucia.
- Nie zachowuj się jak mały rozkapryszony chłopiec.
Tego nie wytrzymał. Wrzucił list do ognia i teleportował się z głośnym trzaskiem. Siedział w domu i płakał. Oni nie rozumieją. Czar jest za silny, on niszy istotę od środka. Jazz był zbyt potężnym Czarodziejem. Jego moc sprawiała, że ten czar nie działał tak jak powinien. Skutek był stokroć jeśli nie tysiąckroć silniejszy od pożądanego. Ale nikt mu nie wierzył. Chyba że. Była jedna osoba, która mu wierzyła, a której on oddać mógłby całe swe serce. Osoba, która wprowadziła go w życie, osoba, która była jego opiekunem, która wskazała mu co jest dobre. Która nauczyła go wiary w siebie. Która była najbliższa jego sercu, za którą mógłby cierpieć najcięższe męki w Szeolu. Osoba, z którą złączony był tą najprawdziwszą, szczerą, braterską miłością. Najdroższy sercu przyjaciel. Byli oczywiście jeszcze inni, ale tych Pustelnik się bał. Wiedział, że ten go nie wyśmieje i wesprze.
Wziął najpiękniejszą, zaczarowaną, kremową papeterię i wyjął pióro z najdelikatniejszą i najcieńszą stalówką, otworzył szkarłatny atrament, który dostał bardzo dawno temu od mar, był zrobiony z pragnień. Zaczął pisać. Łzy cisnęły mu się do oczu. Gniew wypełniał mu serce. Lecz mimo to najpiękniej jak potrafił kreślił kolejne litery: en, a, jot, de, er, o, żet, es, zet, igrek. Podciągnął nosem spojrzał na swoje rzeźbione pudełko z diamentami. Łzy. A każda z nich innego była koloru. Dalej leciutko płynął po papierze: A, el, be, u, es, i, e. Porwał go szał, szał wzruszenia, szał rozpaczy i niezrozumienia, szał pisania.

środa, 3 lutego 2010

6. cz.VI

To co zobaczył Pat trochę go onieśmieliło. Jego przyjaciółka była półnaga, a jej gładkie delikatnie piersi podnosiły się i opadały w rytmie jej oddechu. Jej skrzydła mieniły się brokatem w blasku powoli opadającego za horyzont słońca.
- Mógłbyś się odwrócić – wypaliła i potraktowała go zaklęciem.
- Za to Ty, mogłabyś trochę uważać, przecież nic Ci nie zrobiłem. – tłumaczył się chłopak.
- Przepraszam, ale fakt Eryka pod moim domostwem nie napełnia mnie zbytnio pokojem.
Mag poprawił swój zielony płaszcz. Odwrócił się, by nie denerwować Iris i podszedł do mary.
- Xeniju musimy być tam szybko, za raz wonie zaczną swą amarantową pieśń. Eryk nie może jej usłyszeć, znasz go. Posłańcy nie mogą usłyszeć śpiewu woni, są na niego zbyt podatni. Tak jak ludzie na śpiew syren z Tęczowej Zatoki.
- Wiem Bezimienny, wiem. Przede wszystkim uspokój się – prosiła mara – ja znam sposób, w jaki możecie się tam znaleźć. Bardzo prosty sposób. Twoje determinacja jest nawet bardzo korzystna.
Pat popatrzył na nią z niepisanym zdziwieniem.
- Jest tu coś szybszego od teleportacji ? No nie liczę świetlików, ani innych stworzeń, które przemieszczają się szybciej aniżeli teleportują.
- Jak widać nie jesteś taki wszechwiedzący jak opowiadają. – zaśmiała się z niego Xenija.
Pustelnik zrobił pokorną minę. I zastanawiał się kto rozpowiada po Królestwie takie bzdury.
- Mag uczy się cały czas, każda istota uczy się cały czas. – Wymijająco stwierdził.
- Tu masz absolutną rację. – uśmiechnęła się i wzięła go pod rękę.
Dołączyła do nich już ubrana Iris. Mimo pochmurnej, spowodowaną niefortunną sytuacją miny, widać było, że jeszcze jest w szoku po podróży w głąb serca. Mimowolnie obróciła się jeszcze stronę wioski, tęsknie wyglądając drzewa, nie sprawiło jej radości tak szybkie odejście z wioski. „Kontemplowanie pragnień było imponującym doświadczeniem” tak będzie później mówiła, teraz jednak spieszyła za Xeniją, która zaczynała tłumaczyć Patowi jak można się przemieszczać z Serca:
- Pomyśl mój drogi, co wystarczy do przeniesienia się stąd ?
- Znów zagadki – zniechęcił się Pustelnik. – Hmm… może wystarczy marzyć – powiedział ledwo słyszalnie.
- Tak, brawo. – pochwaliła go władczyni. – Może jednak jest coś w tym co mówią.
- Je tam. – zaprzeczył Mag. – Jestem zwykłą istotą.
Stanęli przed Ichtachiową Bramą. Mija stała ze wniesionymi rękoma i czarowała. Za bramą widać było tunel, lecz nie był to tunel drzew z którego tu przyszli. Był to tunel świateł i kształtów. Po środku zaczarowanego portalu była czarna przestrzeń, a poza nią gamy kolorów i świateł.
- Skupcie się – poleciła Mija. – To bardzo niebezpieczne. Myślę jednak, że tak znamienitym istotą powinno się to udać.
- Nie pochlebiaj nam proszę – mruknął Pat.
Xenija ustawiła gości vis a vis zaczarowanego przejścia.
- Teraz zacznijcie marzyć – poleciła im szepcąc na ucho.
Pustelnik zamknął oczy i wyobraził sobie Eryka, który przynosi mu wieści od Albusa. Siedzieli w trójkę, z Iris, przy jej starym zniszczonym stole i rozprawiali o życiu. Byli spokojni i uśmiechnięci. Nagle jego uszy zaczął penetrować dźwięk, muzyka słodka i kojąca. Muzyka Marzeń. Płynął w niej. Czuł ją każdym członkiem swego zmęczonego ciała. Chełpił się nią i nią żył. Był tą muzyką, był własnym marzeniem. Był wszystkim i był niczym. Płynął. Otworzył oczy, był w tunelu. Mijały go różnokolorowe światła, a raczej one mijały jego. Przechodziły przezeń. Kochał był spokojny. Chciał tak trwać do końca świata. Ten trans przerwał głos:
- Ponieś ich bramo do domu. Niech ich marzenia będą twoje, czerp z nich siłe. Żegnajcie przyjaciele.
Wszystko ucichło, Pat otworzył oczy. Różowy nieboskłon dawał tło purpurowemu słońcu. Dziewczynki z płatkami kwiatów na głowie zaczynały biegać po pagórkach wokół domu Pani Szczerości – Wonie. Pustelnik był lekko zdezorientowany, z ogłupienia wyrwało się dobijanie do drzwi:
- Iris otwórz mi, błagam.
Mag szybko przypomniał sobie gdzie i dlaczego jest. Szybkim krokiem podszedł do drzwi. Nie znał zaklęcia, które mogłoby je odryglować.
- Wybacz przyjaciółko – powiedział do siebie. I z impetem rozwalił drzwi, prostym zaklęciem. Ku jego przerażeniu Iris stała przed nim.
- PAT! – wrzasnęła. – Jakim cudem znalazłeś się w moim domu ?
- No byliśmy przed tą bramą w Sercu i jestem.
- Że też ja nie miałam takiego szczęścia. Ja Cię kiedyś uduszę. – pokwitowała – Jakim zaklęciem to zrobiłeś?
- Amarantowym – odpowiedział.
- No to sam będziesz musiał mi je naprawić, nie znam skutecznych przeciw zaklęć.
- Iris błagam – wyszedł zza jej ramienia pobladły z przerażenie posłaniec.
- No już, jeśli Pat nie naprawi drzwi to Itak mój dom nic ci nie da. – powiedziała, ale za raz pożałowała. Eryk wbiegł do jej domu, stanął na stole i zaczął wzywać:
- Na piekie…- nie dokończył. Pustelnik zwalił go ze stołu.
- Przytrzymaj go Iris – poprosił.
Kobieta wykonała polecenie. Mag stanął dumnie przed dziurą w ścianie.
- Wróć w zawiasy proszę.
Zaszumiało, zagrzmiało, zawirowało i wszystko wróciło na miejsce. Pustelnik odwrócił się i mruknął:
- Gotowe.
Iris puściła skrępowanego Eryka. Był blady, zdesperowany.
- Co Ty do Sze… do Niejaw robisz ? – spytał posępnie Pat
- Z Szeolu wypuszczono łowców. Znaczy takie krążą plotki. A ja mam coś dla ciebie, co muszę Ci dostarczyć natychmiast i osobiście – mówiąc wyjął przeźroczystą kopertę.
Pustelnik o mało nie zemdlał. Znał doskonale, przeźroczyste koperty. Zbyt doskonale.

poniedziałek, 1 lutego 2010

6. cz.V

Domek wyglądał dokładnie tak jak opisała go Xenija, stary, zrujnowany wręcz, trzymał się jeszcze tylko na pomocą magii. Wyglądał komicznie wśród dumnych zaczarowanych drzew. Pustelnik podszedł bliżej i spojrzał w okno. Zniszczony fotel, kominek i stół. Widać było, że Strażnik nie miał zbyt wielu potrzeb. Pat^^ nie znalazł gospodarza w domu. Przeszedł alejką ku wzgórzu, na którym znajdowała się wieżyczka obserwacyjna. Spokojnym krokiem mijał kolejne Mary. W końcu znalazł się przy wejściu do niewysokiego budynku.
- Zaginiony skarbie z nieba, poskąp mnie kawałka chleba.
- Zaraz Ci tak poskąpię, że zobaczysz. – Krzyknął z góry ktoś znajomy. Pustelnik zwrócił oczy na miejsce z którego dobiegał głos i zobaczył burzę czarnych jak Amirater włosów.
- Zawsze lubiłeś moje rymowanki, Jassin – powiedział udając powagę Pat^^.
- Może wejdziesz.
Chłopak wszedł do środka i poszedł w górę krętymi schodami, otworzył klapę w suficie i znalazł się w okrągłym pomieszczeniu z dwoma niskimi krzesłami. Na jednym z nich siedział Jassin przyglądając się bacznie nowoprzybyłemu.
- Bezimienny.
- Jassin.
- Zamierzasz tak stać w klapie w podłodze ?
- Dla mnie to klapa w suficie.
- Oj nie wymądrzaj się już – ponaglił strażnik – wchodź !
Pat^^ wgramolił się niezdarnie do pomieszczenia i usiadł naprzeciw przyjaciela. Bacznie przyglądał się ścianom, których praktycznie nie było. Była tylko niewysoka balustrada i cztery kolumienki, które podtrzymywały dach. Wieża obserwacyjna, nazwa mówił sama za siebie. Z niej obserwowano co się dzieje na świecie. Posiadała to samo zaklęcie co witraż w Tęczowym Pałacu. Wydać zeń było cały świat.
- Nie trzeba było nas ratować – powiedział Pat^^ dalej rozglądając się po pomieszczeniu.
- Mhm, jasne – mruknął w odpowiedzi – Iris na pewno by sobie poradziła. Nie doceniłem jej.
- Co sugerujesz ? – zapytał lekko poirytowany Pat^^
- Na Archaniołów rozejrzyj się przypatrz się swoim poczynaniom tracisz moc. Tracisz kontrolę nad własną twórczą siłą.
- Poradzę sobie. – rzekł sucho Pustelnik.
- Nie wątpię, lecz od kąt Andree odeszła, będziesz miał problemy z tym i owym. Brak nadziei na lepsze jutro nie poprawi Twojej sytuacji. Albus wyjeżdża, tego się boisz. On będzie przy Tobie zawsze. Zrozum to wreszcie. Pragniesz jego szczęścia. Wiem to, bo tu mieszkam i Twe pragnienia nie są dla mnie tajemnicą. Ale boisz się, że jak wyjedzie, Ty sobie nie poradzisz. Nie zapominaj, masz przyjaciół. Tych prawdziwych. Michael zostaje on będzie potrzebował Twej pomocy, on też boi się jutra. Czeka Cię wiele łez i jeszcze więcej bólu. Lecz owoce Twej pracy się opłacą, posłuchaj starego wygi. Przeżyłem jako strażnik tego lasu wieki.
- Tyle, że Ty byłeś aniołem. Nie umywam się do Twych zdolności.
- Czy Ty nie rozumiesz ?
- Najwyraźniej nie. – żachnął się Pat^^.
- Nie zachowuj się jak dawniej, jak rozwydrzone małe dziecko. Miałeś być następcą samego Pierwszego Gabryela. Uwierz w siebie inni w Ciebie wierzą. Wyzwól się z własnego opętania, sam się ograniczasz. Fryderyk mi napomknął.
- Byłeś u niego z powodu Betty, prawda ? – zmienił temat Pustelnik.
- A owszem.
- Bajoo dalej włada jej sercem ?
- Ano, niestety. To tego wszystkiego dochodzi jeszcze Atyl. Która rów…
- Wiem – przerwał brutalnie samotnik.
- Emilia jest w Raju. Wypłynęła zaraz po rzuceniu na Ciebie imiennego zaklęcia. Czy Ty wiesz kim ona Cię uczyniła? – zapytał poważnie Strażnik.
- Eee…- nie przejął się Bezimienny. – Raczej mało mnie to interesuje.
Jassin wstał z niepisaną furią na twarzy:
- Ależ Ty jesteś bezczelny – wrzasnął – ja się do Ciebie nie umywam. Nie mogę Cię uświadomić, nie ja jestem Twym opiekunem. Tylko Gabryel może powiedzieć Ci kim naprawdę jesteś, kim uczyniła Cię Twa chrzestna. Nawet nie umiesz sobie wyobrazić kogo ona z Ciebie zrobiła. Zrozum to wreszcie jesteś kimś wyjątkowym.
Pat^^’a wbiło w krzesło. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewał.
- Ja ?
- Ty – warknął rozwścieczony do granic możliwości. – Zachowujesz się stokroć gorzej niż zakochane w urokach wróżki, czy w iluzjach anioły.
- Przepraszam – powiedział pełen żalu na siebie samego.
- Mnie jest Ciebie po prostu żal. – głos Jassina zaczął się łamać – Na Twe bardzki złożone zostało ogromne brzemię, w pojedynkę sobie nie poradzisz. Albus może nie zdążyć Ci powiedzieć kim jesteś. Być może sam będziesz musiał to w sobie odkryć.
- Boję się – szepnął – Komu mam zaufać ?
- Prawdziwy przyjaciel to taki, który jak pozbawisz go magii, użyczy Ci jeszcze swej mocy.
Bezimienny popatrzył się w tę niebieską toń jego głębokich jak dusza ludzka oczu. Wstał, nogi mu odmawiały posłuszeństwa. Był przerażony tym co usłyszał. Nie spuszczając z oczu wzroku strażnika, objął go mocno i szepnął do ucha:
- Chcę do Raju.
- Nie mój drogi, wiele jeszcze pokoleń minie zanim Ty osiądziesz w Raju.
Stali tak. Mag i lekko przeźroczysty strażnik.
- Dziękuję – wykrztusił przez łzy Pustelnik
- Nie mnie dziękuj lecz swym opiekunom. Albusowi czy Michaelowi. To ich zasługa, oni Cię pielęgnują i trzymają Cię przy, życiu, nie długo przyjdzie Ci się odwdzięczyć.
Z tej szczerej rozmowy wyrwał ich krzyk Xaniji. Szukała Bezimiennego. Jassin raz jeszcze spojrzał Pat^^’owi w oczy i rozpłyną się w powietrzu. Pustelnik wybiegł najszybciej jak się da ku władczyni Serca.
- Cóż się dzieje – wołał biegnąc.
- Eryk pragnie Cię widzieć. To ważne. Musicie jak najszybciej udać się do domu Iris, tam was poszukuje. Wiem, widziałam to na jego Pragnieniu. To ważne – powtórzyła.
Pobiegli razem ku wiosce.

6. cz.IV

Miała racje przed nimi znajdowała się plejada drzew okolonych Pragnieniami, roślinami na wzór bluszczu. Tyle, że te tu były z najprawdziwszego czerwonego złota, które w świetle dojrzałego słońca mieniło się rdzą, szkarłatem i mahoniem. Jednak nie to przyciągało najwięcej uwagi. Najbardziej pociągające były kwiaty owej rośliny. Nieduże, kremowe płatki z masy perłowej, z imponującym środkiem, wyglądającym jak doskonała czarna głębia. I z owej głębi wypływały bańki mydlane, rozciągające wokół siebie tęczową poświatę. Wszędzie było ich pełno. Bardzo powoli, majestatycznie wręcz unosiły się ku niebu, ku wysokim czubkom drzew. Na samej górze, pękały pozostawiając po sobie kolorową mgiełkę. A wszystkiego doglądały bacznym okiem Mary. Chodziły zwiewnym krokiem pielęgnując zaczarowaną roślinność. Niektóre bańki były łapane i szczegółowo rozpracowywane, delikatnie ukuwane przez specjalne artefakty i przyglądały się rzeczą w nich zawartym. Ten las był czystą magią. Iris delikatnie stąpała między Marami. Jedna z nich Anja, pozwoliła jej przyjrzeć się małemu chudemu marzeniu.
- Czyje to? – zapytała zaintrygowana wróżka
- Twoje – uśmiechnęła się tamta.
Złapała kobietę za rękę i opuszkiem palca delikatnie uderzyła bańkę. Las zniknął a obydwie stały teraz w drewnianym domku.
- To mój dom - zdumiała się Iris.
- Ano, z nowym pięknym, rzeźbionym stołem.
- Ale ja go sobie wymyśliłam całkiem niedawno – zaczęła
- Nie musisz mi się tłumaczyć, każda myśl, która przebiegnie przez Twą głowę jest od razu rodzi się w Drommach. – mówiła Mara. Nagle wszystkie znajome kształty zniknęły i były powrotem w lesie.
- Czym są owe Drommy ? – zapytała
- To te czarne środki kwiatów, to one scalają chwilowe uniesienie z odrobiną magii i wypuszczają na świat marzenia. Za to pragnienia są dużo trwalsze. Jeden z najtwardszych i najbardziej wytrzymałych materiałów jakie umie stworzyć prawdziwy mag. Czerwone złoto. Jak ktoś idzie do Raju to jego Pragnienie usycha i kruszy się. Pyłem, który zeń zostaje jest obsypywane Drzewo Pragnień, to połączone ze sobą dwa pragnienia. Pragnienia najstarsze ze wszystkich, Pragnienia Magii i Mocy. Ich marzenia są najtrwalsze, a pragnienia najpiękniejsze. Tworzą razem siłę. Magia – siła wymyślna i Moc – siła twórcza. To co wymyśli Magia może zostać stworzone tylko przy pomocy Mocy. Są istoty twórcze, które wymyślają najróżniejsze zaklęcia, Ci pełni są magii. Są inni co najprostszym zaklęciem umieją zmienić bieg świata Ci zaś przepełnieni są Mocą. Lecz one dwie i Magia i Moc kontemplują i tworzą siebie wzajemnie. Trwają tak on początku istnienia naszego domu, Królestwa.
- Czy można zobaczyć to Drzewo ? – wyrwało się Iris.
- Poczekaj tu proszę, myślę, że uda mi się nakłonić do tego Xeniję.
Do zaaferowanej wróżki podszedł Pustelnik:
- Widzę, żeś zbratała sobie tutejsze istoty.
- Chyba tak – uśmiechnęła się przejęta kobieta.
- Kiedy Ty będziesz w wiosce, ja rozejrzę się i poszukam Jassina. Później Ci opowiem kto to jest. Jakbyś chciała wracać, a mnie by nie było wyślij po mnie Ixasisa. Krąży gdzieś w pobliżu.
- Oczywiście – uśmiechnęła się i zaraz umilkła widząc nowoprzybyłą Marę.
Xenija była wyższa niż inne mary i na jej skroniach widniał wieniec z samego Pragnienia, a kończył się na skroniach jego kwiatami. Miała ciemne kasztanowe włosy uwiązane w lekki warkocz. Wyglądała na bardzo młodą, ale to tylko pozory.
- Iris, przyjaciółko – powitała ją władczyni. – Zaszczytem będzie dla nas – tu wskazała na swe siostry – jeśli wstąpisz do naszej wioski.
Wróżka wykonała piękny zgrabny ukłon i podziękowała.
- Musisz wejść prawdziwa. – powiedziała Xenija.
- Co to znaczy ? – zapytała patrząc z lękiem na przyjaciela
- Nic strasznego, po prostu musisz wejść tam nago, ukazując tym samym swoje skrzydła, bo są nieodzowną częścią Ciebie.
- Rozumiem.
Anija złapała Iris pod rękę i poprowadziła ku wiosce. Księżniczka jeszcze została.
- Bezimienny, Twe pragnienie usycha, marzenia gasną. Na Andree co się z Tobą dzieje ?
- Andree już nie wspominaj zaszyła się po wojnie gdzieś w górach. A co do moich widzimisię to się nimi nie przejmuj, staram się realnie patrzeć na świat.
- Jak chcesz. – Odwróciła się na pięcie i poszła za poprzedniczkami. – Wiedzący tu byli, myślę, że winieneś to wiedzieć. Gabryel i Michael pielęgnowali Twe pragnienie nie zmarnuj tego – powiedziała idąc. – Jassina szukaj przy strażnicy, to ta jego stara, zniszczona chatka.
- Tak wiem, dziękuję. – Szepnął Pat^^, odwrócił się na pięcie i poszedł szukać Jassina, szedł szybko, by ukryć łzy. Łzy wzruszenia.

niedziela, 31 stycznia 2010

6. cz.III

Celem ich wędrówki było serce, które swą zielenią okalało koniec drzewnego traktu. Pustelnik szedł zgaszony rozmyślając nad tym co widział. Iris. Posiadła ogromną moc, jak to się stało. Próbował sobie odpowiadać na te pytania. Przecież nie jest Wiedzącą, a to było bardzo w ich stylu. Tak rozważając szedł, by w końcu, po wszystkich przygodach tego dnia, pokazać przyjaciółce ową tajemnice. Jedyne co nie dawało mu spokoju to złe przeczucia. Dzień był jeszcze młody, niestety. Tak pogrążony we wlasnych myślach został wyrwany z transu:
- Pat – Podjęła Iris.
- Mhm – Mruknął w odpowiedzi.
- Myślę, że znalazłam to czego tak długo szukałam. To czym Ty nie mogłeś mnie obdarzyć, myślę, że to będzie długie i piękne.
Pustelnik uniósł nieznacznie korciki ust:
- Raf.
Kobieta potwierdzająca pokiwała głową.
- No owszem jest specyficzny. W końcu jaki może być władca zmian, hmm…? – zaczęła tłumaczyć.
- Iris – powiedział bardzo poważnie, a uśmiech zszedł z jego twarzy. – Oni źle wybrali, znów trzeba będzie czekać wieki zanim nadejdą ponownie. To wyszło bardziej z przypadku, niżeli z racjonalnego pomyślunku. Ja na przykład nie mam szans zostać Przewodnikiem, przecie Michael jako swego następcę wyznaczył Jenę.
- Ona zawsze może zrezygnować. – zauważyła Pani Szczerości.
- Raf jeśli by trochę powściągnął swe popędy i bunty, byłby bardzo dobry. Co nie zmienia faktu, że nasza trójka absolutnie nie dorówna tamtym. – Westchnął – Gabryel niedługo odchodzi.
- Wiem – posmutniała i Iris. – Ale tam będzie szczęśliwy.
- Jedno szczęście, że nie odpływa do Raju. Tego bym nie wytrzymał. Tego czego nam brakuje, a czego oni mieli w nadmiarze była szczera i prawdziwa przyjaźń. Więź ich łącząca, silniejsza była od miłości. Braterstwo, którym się odznaczali, było godne podziwu. Za każdego z nich oddałbym życie. – powiedział, ale zaraz cofnął – Niestety to tylko słowa.
- Już nie martwmy się, do inauguracji jeszcze trochę czasu. Tedy wszystko w jakimś stopniu się wyjaśni. Teraz wprowadź mnie z należytym szacunkiem do tego miejsca. – wskazała ręką Itachową bramę.
Znaleźli się przed wejściem, Pustelnik nie pamiętał drogi, tak bardzo był zajęty rozmyślaniami. Między strażującymi drzewami pojawiła się piękna istota. Mija. Ubrana była w delikatną blado zieloną sukienkę bez rękawów, zawiązaną wymyślną kokardą z tyłu szyi. Kiedy się ukłoniła, odsłoniła swe blade plecy.
- Bezimienny – rzuciła mu się w ramiona.
Pustelnik odwzajemnił uścisk i zaczął przedstawiać swoich przyjaciół.
- To Mija, odźwierna Serca Lasu Marzeń i Pragnień. – Mara przywitała ich głębokim ukłonem, który wykonywała z dostojną gracją. – Witajcie przyjaciele. Wasze przybycie nie jest dla nas niespodzianką, długo rozmyślałeś o tym, by ją tu zabrać. – wskazała na Iris. – Nie musicie mi się przedstawiać, znam was dzięki waszym pragnieniom i marzeniom.
Pani Szczerości otworzyła szeroko oczy:
- T-to my j-jesteśmy – zaczęła się jąkać – w tym prastarym, mitycznym, świętym lesie, którym zajmują się od niepamiętnych czasów Mary ? – zdumiała się – To przecież prawie awykonalne.
- Jeśli znasz strażniczkę lasu, a raczej jej strażnika to nie – uśmiechnął się Pat, ale widząc minę Iris dodał – tak wiem, ze to skomplikowane, ale kiedyś zrozumiesz.
Mija zaprosiła ich do dalszej wędrówki ruchem ręki. W końcu dotarli do celu. Kiedy weszli Iris tylko otworzyła usta i szepnęła:
- Na wiedzących toć to czyste piękno.

piątek, 29 stycznia 2010

6. cz.II

Podobnie jak jego strażnik sprawiał wrażenie opuszczonego. Zniszczone pnie, połamane konary, zeschnięty bluszcz. Odpychał. Przerażał. Pociągał. W wilgotnym, tak bardzo różnym od tego po za powietrzu czuć było unosząca się tajemnice. Cyjanowe światło rozpraszało mrok, ukazywało niewidoczną gołym okiem ścieżkę, wydeptaną w mchu cienką nitkę. Podążali w ciszy nie patrząc się na boki, nie raz musieli się złapać za dłonie by zmieścić się między wielkimi drzewami, ich kroki zagłuszało miękkie podłoże. W mroku dostrzec można było ruch, który tylko zaostrzał wyobrażenia, jakie istoty mogą się czaić w czeluści lasu.
-Auć – jęknęła przerażona faktem odezwania się Iris.
Wszystkie ruchy i dźwięki lasu zamilkły, poczuli się jakby wszystko się w nich wpatrywało, każdy liść, każdy kamień, każde drzewo. Pustelnik bardzo wolno odwrócił wzrok i spojrzał w głębie mroku, spojrzał i ujrzał niebieskie, jak modrość nieba nad Błękitnym Morzem oczy.
-„Zaraz będą tu niejawy, uciekaj do serca.” – usłyszał w myśl
Bezimienny chwycił mocno Iris za rękę. Spojrzał jej głęboko oczy. Zrozumiała. Ixasis także czuł zbliżających się obrońców lasu. Poleciał szybciej, a w drodze mruczał:
- Na świetlisty księżyc w mroku, przyspiesz mój ogniu kroku.
Pat^^ popatrzył zdezorientowany na istotkę, która rosła w oczach. Była teraz wielkości porządnego kubka. W biegu nie mógł się zapytać co się dzieje. Uciekali przed nieznanym. Ixasis wyprzedził ich znacznie, w pewnym momencie zatrzymał się i pisnął, a jego pisk, był przyjemny dla ucha, niczym śpiew ognistych chórów, wysoki głos uzależniał. Z jego ust wydobywała się strużka światła, każdy dźwięk był zmieniany w serpentynę światła. Świecąca nitka wijąca się jego osoby, rozświetlała już nie tylko drogę, ale i większość lasu. Wiązka światła pływała między przyjaciółmi, a kiedy ognik skończył swą obronną pieśń zmniejszył się do normalnych rozmiarów. Teraz biegli już skrótami, omijając pułapki w postaci przewróconych drzew czy ostrych kamieni. Światło mieniło się lazurem, turkusem, błękitem i srebrem. Blada twarz Pustelnika zdradzała niepokój, który gościł w jego sercu i zmęcznie spowodowane gonitwą. Usłyszeli za sobą jęk. Niejawy. Na ile to możliwe przyspieszyli. Nagle Bezimienny zobaczył jakąś postać, biegła z nad przeciwka. Była tak szybka, że zobaczył tylko burze czarnych jak Amirater włosów i już jej nie było. Nie mógł się odwracać, więc uciekał dalej.
- To już tu – zapiszczał Ixasis
Przed nimi znajdowała się brama, bardzo podobna do tej przy wejściu do lasu, lecz tutejsze drzewa były porośnięte rdzawym bluszczem.
- Ixasis pamiętaj, jeszcze ostatnia zagadka.
W bramie między drzewami pojawił się brązowy duch.
- Na pytanie odpowiedzi będę żądał – zagrzmiał. – Na pustkowiu życia Ci doskwiera, chcesz z nim współżyć, lecz to niemożliwe prawie, życie bez niego sensu nie ma, czego musisz zapragnąć abyś je posiadł, odnalazł w sobie, by je pielęgnować ?
- No to żeśmy utknęli, przyznaję się, nie mam pojęcia. – Przyznał Pustelnik
- Czemu od razu się poddajesz. – Zdumiała się Iris i przejęła inicjatywę. – Duszku powtórz proszę zagadkę.
Zrobił jak mu polecono. Kobieta myślała. Ixasis latał od drzewa do drzewa szukając jakiś ukrytych wskazówek. A Pat^^ usiadł na jakimś pniu, zdezorientowany.
- Ty jesteś Pustelnikiem – to czego siedzisz cicho skarciła go. – Powiedz mam zatem czego się pragnie na Pustkowu?
- Ja jestem specyficznym pustelnikiem.
- No dobra, ale postaw się w sytuacji takiego prawdziwego. – poleciła
- Na Pustkowiu pragnąłbym tylko ludzi chyba. Nie wiem.
Iris zastanowiła się, powtarzała cały czas poszczególne słowa. Nagle zza nich wyskoczyła ciemnoskóra kobieta z platynowo-blond włosami. Była rozczochrana, jak po bitwie.
-Nie odwracaj się Iris – rozkazał Bezimienny. Sam podszedł do nowoprzybyłej.
- Anatachia – warknął
- Mrr – zamruczała jak dzika kotka – Bez-imienny. – Podeszła do zniesmaczonego chłopaka i polizała jego odkrytą szyje – Jam Niejawa i Nie sen.
- Jesteś monotonna zawsze powtarzasz tę samą melodyjkę – zaczął ją parodiować – Jam Niejawa i Nie sen, między Szeol a Raj wystawiona, jam posłuszna tyl… – skończył dostając w twarz. Za nim ognik dodawał otuchy Szczerości. Anatachia wyjęła bat:
- Precz – zawyła, a jej przeklęty głos ogłuszał i otumaniał.
- Milcz – ryknął Pat^^ - Ten las nie należy tylko do was. Że też Betty was stąd nie wyrzuciła.
Kiedy para się kłóciła Ixasis jęknął:
- Zaraz zaczną walczyć, szybciej błagam, Ty nie wiesz co ona potrafi.
Iris zamknęła oczy jeszcze raz powtórzyła sobie treść zagadki. Ktoś rzucił zaklęcie. Olśnienie. Wie. Otworzyła szeroko oczy, odwróciła się mimowolnie, nie zostawiłaby go tu samego, z tą szmatą. Stanęła za swym towarzyszem, ujęła jego rękaw i pociągnęła.
- Mówiłem, żebyś się nie odwracała, za raz Cię opęta. – wykrztusił Pat.
- Nie wydaje mi się – powiedziała pewnie – popchnęła go w stronę bramy sama stanęła twarzą w twarz z Niejawą.
- Zaraz Cię nauczę grzeczności suko, możesz nawet popłynąć najbliższym rejsem wprost do Raju. – zagroziła ciemnoskóra.
Iris podparła się pod boki i subtelnie szepnęła:
- Kurwa.
Za raz jednak jej głos przybrał na sile i wrzasnęła:
- Na śmierci pięknym łonie, niech Twój duch tu przy mnie spłonie. – Uśmiechnęła się szarmancko i rzuciła: - Bywaj.
Anatachia zaczęła wyć z bólu, jej duszę spowiła prawda. Ta najszczersza. Objawiała całą istotę jej istnienia. Niejawy były wychowane przez Śmierć, która to nie była najlepszą opiekunką i nauczycielką. Żyły zakłamane. Podczas wojny, niektóre z nich wstąpiły w szeregi Szeolu. Te dobre walczące pod sztandarem Czasu, które się ostały zostały wysłane by bronić co piękniejszych miejsc w Królestwie. Broniły tych miejsc, zadając morze bólu, osobie, która ośmieliła się naruszyć świętość. Pustelnik właśnie to robił. Pragnął wedrzeć się do serca Lasu Marzeń i Pragnień. Patrzył jak Iris jednym prostym, zapewne autorskim zaklęciem, niszczyła bardzo potężną Niejawę. Odwróciła się zostawiając jęczącą z bólu istotę, podeszła do bramy i powiedziała:
- Trzeba zapragnąć pragnąć.
Duch ustąpił im miejsca, przeszli kolejno: Iris, Ixasis i na końcu Pustelnik, który odwrócił się jeszcze na pięcie i zdjął z Niejawy bolesne zaklęcie.
- Uważaj następnym razem. Ból nie jest dobry, zrozumiałabyś jakbyś była współodczuwającym, nie zadawaj bólu, bo sama bólu doświadczysz.
Szli w tunelu drzew, między nimi przebijało się światło, dzięki, któremu tunel spowity był złotą aurą.

czwartek, 28 stycznia 2010

6. cz.I

Wyszedł z lasu, na niewielką polanę między pagórkami. Zobaczył domek z ciemno brunatnych belek, poszedł w jego stronę, wydeptaną w trawie ścieżką. Obszedł chatę dwa razy, porosła mchem. Stanął przed północną ścianą domu i nonszalancko zapukał niewidzialną kołatką w masywne drzwi, których nie można było odróżnić od reszty, które otworzyć można było tylko od środka. Przez chwilę stał przed wejściem, usłyszał w domu kroki, mruknięcie i szczęk wrót. Uchylił je na tyle by widzieć gospodynię owego miejsca.
- Gotowa ? – zapytał z figlarnym uśmieszkiem i podał jej swe ramie by za nim podążyła. Iris ubrana była w długą, żywo zieloną suknie przy ciele. Delikatny gorset na piersiach związany czarnym rzemykiem sprawiał, że wyglądała bardzo ponętnie.
- Poczekaj, jeszcze chwilę. – powiedziała wyniośle i zaśmiała się szczerze. Pani Szczerości. Zniknęła w czeluści swej posiadłości, a Pustelnik cieszył się popołudniowym powietrzem, wziął głęboki oddech i zastanawiał jak minie im wędrówka, długo nie przemieszczał się za pomocą magii. Iris wróciła w śliwkowym płaszczu podróżnym, spinanym piękną, wściekle różową broszą w kształcie feniksowego pióra. Wyszła na zewnątrz i wzięła go pod rękę. Pstryknęła palcami, drzwi za nimi zaryglowały się od wewnątrz. Oswobodziła się z ramienia towarzysza przeciągnęła się leniwie i ukazała swoje skrzydła. Takie same jak u ważki. Koloru zgniłej zieleni, przeczesywane przez tysiące oliwkowych, brązowych i czarnych żyłek. Wyglądała oszałamiająco: dumna, piękna i niebezpieczna.
- Schowaj skrzydła Iris. – poprosił Pat^^. Ona zrobiła zdziwioną minę.
- Dlaczego ?
- Bo ja nie umiem latać, a po za tym wypadałoby czasem skorzystać z tego co oferuje nam magia, czyż nie?
- No niech będzie. – Powiedziała. Zamknęła oczy wzięła głęboki oddech, a skrzydła rozpłynęły się w powietrzu.
- Tak lepiej, - uśmiechnął się i kontynuował – pamiętasz jak się to robi ? – zapytał, ale zaraz pożałował odpowiedzi.
- Trudno żebym zapomniała – odpowiedziała, po czym zrobiła wyzywającą minę, i szepnęła:
- Zróbmy to.
- Czy Ty chociaż raz nie możesz myśleć o czym innym ? – zastanawiał się Pat^^.
- Oj uśmiechnij to tylko taki szczere żarty. – uśmiechnęła się promiennie jak miała w zwyczaju, chwyciła go za dłoń i powiedziała: -mam nadzieję, że Ty pamiętasz jak to się robi.
Kobieta pociągnęła chłopaka za rękę, przyspieszyła kroku:
- Tylko skup się gdzie chcesz nas zabrać, bo ja nie ma pojęcia.
Pustelnik zamknął oczy, wyobraził sobie, tę kładkę i wieżyczkę. I za raz po tym zobaczył tysiące kształtów i kolorów, jego ciało nie istniało, był tylko duch. Mimo niecielesności czuł cały czas rękę Iris. Kształty zaczęły się zlewać, wirować w głowie. Stanął na gruncie i zakszusił się, do granic możliwości orzeźwiającym i czystym powietrzem. Las był przed nimi. Ale można się było do niego dostać tylko przechodząc przez bramę.
- Gdzie jesteśmy ? – Zapytała Iris.
- Zobaczysz – odpowiedział wymijająco pustelnik. Wziął ją pod rękę i zaczął ją prowadzić ku mało zachęcającej kładce, z jedną tylko barierką. Śmiało przeszedł przezeń, a ona widząc jego pewność szła tuż za nim. Musieli iść gęsiego, gdyż kładka była zbyt wąska, by pomieścić ich oboje. Ich oczom ukazał się dom. Obrońca lasu. Ta strzelista granatowa wieżyczka, ten dom.
- Ta wieża jest magiczna prawda. –stwierdziła Iris.
- A jak myślisz ? – Zapytał oczywistym tonem.
- No dobra niech będzie, zionie stąd magią. Tak tylko zapytałam – tłumaczyła się.
- Już dobrze - uśmiechnął się i poprowadził ją koło domu z szaro-niebieskimi cegłami. Od okien odbijało się światło słońca. Budynek wyglądał na mroczny i opuszczony, ale to tylko wrażenie. Był zamieszkały, Pat^^ doskonale o tym wiedział, a mało zachęcający był przez ziejącą z lasu tajemnicę.
- Co to ?! – prawie krzyknęła przestraszona Iris, wpatrując się w rdzawe pnącze na ścianie domu.
- Spokojnie. To nie to co myślisz. Wijce są tylko w Pałacu Matki. – uspokoił ją chłopak – nienawidzę tej nazwy – rzucił jeszcze przez ramię i szli dalej.
- Mógłbyś mi jednak powiedzieć co to było. – dociekała
- Oj uspokój się. Jak teraz się boisz, to w lesie po prostu zwariujesz.
Szli jeszcze przez chwilę brukowaną ścieżką, zrobioną z dużych, mosiężnych głazów. Milczeli. Pani szczerości kontemplowała to miejsce, przerażało ją. Bezimienny cały czas coś mruczał pod nosem. Nagle stanął. Iris zdezorientowana prawie straciła równowagę.
- Co Ty do Szeolu robisz – warknęła.
- Milcz. I nie przeklinaj. – Powiedział to z taką mocą, że Iris natychmiast zrozumiała swój błąd. – To miejsce jest święte. Nie waż się niczego dotykać, nie odzywaj się, jak będziemy na miejscu to Ci powiem, ale do tego czasu musisz uważać. Las strzeże swego serca, a do niego właśnie chcemy się udać.
Iris patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami:
- Jasne. – zgodziła się posłusznie.
- Twoje słownictwo jest na dość niskim poziomie – przewrócił oczami i polecił – odsuń się proszę.
Kobieta usłuchała, ale przedtem jeszcze szepnęła na stronę coś o tym, że „sam nie mówisz lepiej”.
Pat^^ skarcił ją wzrokiem i wyprostował się, co rzadko mu się zdarzało, wyciągnął jedną rękę, jakby chciał się z kimś przywitać. Ukłonił się i wykonał dziwny gest nadgarstkiem, tak że środek jego dłoni zwrócony był w stronę nieba. Ogromny dąb i postawny klon zapletli nawzajem swe gałęzie, a las zaczął mruczeć i niósł swe dźwięki cyklicznymi podmuchami wiatru. Pustelnik popatrzył spod grzywki na drzewa. Zamoknął oczy i na jego dłoni pojawiła się ledwo dostrzegalna mydlana bańka. Zawisła nad nadgarstkiem i rosła, kiedy skończyła nabrzmiewać Pat spojrzał nań, a ta popłynęła w stronę gałęzi. Zatrzymała się na środku. W miejscu dlań właściwym. Iris owego miejsca nie dostrzegła wcześniej, dopiero teraz, kiedy bańka się w nim usytuowała. Bezimienny się wyprostował. Krzewy, bluszcz i dolne gałęzie wydały syczący głos i w postaci dymu pomknęły w stronę bańki. Ta rozdarła się na dwoje, ale mimo to nie zniknęła w tęczowej mgiełce, pozwoliła dymowi do siebie wlecieć. Kiedy to uczynił ona scaliła się z powrotem. A przed Bezimiennym i Irys znajdowała się teraz Bańkowa Brama, Brama Dębu i Klonu, Brama Jassina. Miała wiele nazw, ale jedno było pewne, robiła piorunujące wrażenie, nawet na tych, którzy już owe sztuczki widzieli. Dwa potężne drzewa, z poplątanymi w górze gałęziami, z mydlaną bańką po środku. Za portalem zionęła tajemnica i mrok. Pat^^ wyciągnął z kieszeni miniaturowy gwizdek. Miał bardzo delikatny błękitny przechodzący w srebro kolor. Muskał go palcami. Nagle jednak zacisnął pięść, a z niej na ziemie posypał się pył. Nie zdążył jednak upaść zaczął wirować, tworząc ognik. Ten podleciał przed oczy Pat^^’a, ukazując małą świecącą istotkę, która rzuciła z wyrzutem:
- Mógłbyś delikatniej.
- Wybacz Ixasisie, nie umiem robić tego tak jak flamandery.
- Zauważyłem – zrobił obrażoną minę
- Nie złość się, wezwałem Cię byś oświetlił mi drogę.
- Domyślam się – przerwał mu – zawsze mnie wzywasz kiedy czegoś potrzebujesz – teraz ognik był zły nie na żarty. – Cóż to za miej… - odwrócił się i nie dokończył – Trzeba było tak od razu.
- Nie dałeś mi dojść do słowa – uśmiechnął się Pustelnik. – Pozwól, że przedstawię Ci panią Szczerości, Nowicjuszkę w zakresie Słuchania, Strażniczkę Zielonego Płomienia, Iris Wytrwała.
Kobieta ukłoniła się pięknie, a ognik podleciał do niej zaciekawiony.
- Ixasis, Młodszy Książe Rodziny Ixa, Władca Cyjanowego Płomienia kłania się nisko i poleca na przyszłość, jeśli takowa istnieje i jeśli dane mi będzie bytować. – przedstawił się bardzo piskliwym głosikiem. – Jak zostałaś strażniczką płomienia ? Dlaczego ? Z czym …
- Porozmawiacie kiedy indziej teraz proszę Ixasisie oświetl nam drogę w tym na pozór czarnym od mroku lesie.
- Zawsze mnie tak traktuje – westchnął ognik do Iris. I fuknął przez ramię na właściciela.
- Nie tylko Ciebie mój drogi, nie tylko. – Uśmiechnęła się.
Pustelnik poprawił swój ciemnozielony płaszcz i podał swe ramię kobiecie ta wzięła je ochoczo, nie chciała iść sama w tym lesie bała się go. Bezimienny uśmiechem dodał jej otuchy. Prawą ręką dał znak Ixasisowi, że by ich poprowadził. I przeszli przez Jassinową Bramę. A ognik oświetlał im drogę. Weszli do lasu.

sobota, 9 stycznia 2010

5. cz.II

Kiedy otworzył oczy był już w połowie Morza Błękitnego, jego woźnica biegł po moście bardzo pewnie, mimo złudnego wyglądu starych desek. W dali rysował się już zarys budynków. Niskie domki na szczytach pagórków, każdy z ogrodem, na środku świątynia z pokaźną wierzą widzianą nawet z lądu. To największe uzdrowisko zawsze pełne było różnorakich istot, opętanych iluzjami, urokami, lub śpiewem złych syren czy flamandorów. Centaur gnał bardzo pewnie, jak na kogoś, kto poruszał się po nie zachęcających, zbutwiałych belkach. Wiatr uderzał Pustelnika w twarz, był wyczerpany. Sharon bardziej potrzebuje pomocy, ta myśl cały czas chodziła mu po głowie. Przyległ mocniej do torsu półkonia, wychylił się zań, i popatrzył. Do celu było jeszcze nie mało drogi, lecz przekroczyli już granicę magii miejsca. Samotnik zebrał wszystkie swoje siły, napiął wszystkie swoje członki, wyprostował się, uniósł ręce jakby chciał utworzyć przed sobą tarczę, rozprostował je, i w geście wyciągniętych do innych dłoni nakazał Cyrrusowi:
- Pochyl się. – Centaur usłuchał.
Pat^^ zebrał w sobie całą magię, która zaczęła się regenerować, po w jechaniu na teren uzdrowiska, i z tak wyciągniętymi rękoma, z lśniącymi blaskiem oczami szepnął:
- Fryderyku.
Ledwo słyszalny dźwięk poniósł się echem po wodzie. Im bliżej był Wyspy tym stawał się głośniejszy, kiedy w końcu spłynęło niczym ogromna fala na nadbrzeżną osadę, podniósł się alarm. Biała Wieża, wieża uzdrowiciela, zalśniła tym samym blaskiem co oczy Słuchającego, a w jego głowie brzmiał głos:
- Bin, zbierz w sobie całą energię, sam nie dam rady pomóc Twej przyjaciółce – mówił to opiekun wyspy, który wyszedł z jednego z małych, przyjaznych i ciepłych domków, zeń również wydobywał się owy blask. Osoba, śmiertelna lub Szeol nie dostrzegałby żadnej różnicy, ludzie z Królestwa widzieli blask, nie wiedzieli jednak gdzie dokładnie lśni, jedni twierdzili, że w okolicy serca, inni, że oczu, jeszcze inny mawiali, że cała postać jaśnieje. Zjednoczenie Blasku Ducha. To teraz praktykowali. Było to możliwie jedynie, iedy ktoś chciał pomóc komuś innemu nie sobie. Pustelnikowi zależało na wytłumaczeniu Fryderykowi co dzieje się z Sharon, on jednak wykorzystał to w inny sposób. Uzdrawiał go na odległość, pomagała mu w tym wieża, która skrywając w sobie sekrety, wielu poprzednich opiekunów wyspy, wzmacniała jego moc i czyniła go zdolnym leczenia na odległość. Zjawisko było praktycznie nie spotykane, wszyscy uzdrowiciele i świadomi, ozdrowiali pacjenci wyszli ze swych ukryć, by podziwiać owy blask. Pat^^ sam nie wiedział jak tego dokonał. Chciał przyjąć pomoc Fryderyka, kiedy nagle w jego głowie pojawił się ów głos:
- Zdradzony ? Zawstydzony ? Opuszczony ? – omamiał
- Wsłuchaj się w mój głos ! – Przekonywał uzdrowiciel.
- Zapominij, i tak przegrasz. Nie wygrasz, liczysz tylko na siebie.
Nagle uczeń Gabryela zobaczył przed sobą jaśniejącą twarz:
- Precz Maro z Szeolu wzięta. – warknęła
Mamiący głos ucichł, a Bezimienny zachwiał się niebezpiecznie na swym wierzchowcu, wykorzystał całą swą energie, był bezsilny.
- Patrz na mnie – poleciła zjawa.
Cyrrus czuł, że jego jeździec za raz, z niego spadnie, a w tym miejscu kładka była tak wąka, że wpadłby niewątpliwie do wody. Trującej wody, wody, której lękali się nawet Los i Czas. Wody Morza Błękitnego, Wody Zapomnienia. Kogo choć kropla ugodziła, ten tracił swą moc, zapominał kim jest, a Sens tracił nad takim władzę. Półczłowiek nie mógł zwolnić, zaczynał się naprawdę niepokoić.
- Na Słuchających i Wiedzących, na Trzech Wielkich, na Matkę Flamandorów i Flamandów, znajdź w sobie zrozumienie. Zrozum co chcę zrobić, poddaj mi się. Na Blask Twego pięknego, skołatanego Ducha, Tęczowy Chłopcze odnajdź w sobie Empatię.
Pustelnik zrozumiał. Fryderyk potrzebował jego dzieła do uzdrowienia Sharon, to bardzo nie bezpieczne, ale skoro tak twierdził uzdrowiciel musi się na niego zdać.
- Nieee. – Wrzasnął Cenaur, kiedy przestał czuć swego przyjaciela na grzbiecie. Wszystko stracone, Bezimienny nie pomoże już nikomu, ani Sharon, ani Fryderykowi. Półkoń zobaczył w górze, lecącego Massima z omdlałą księżniczką na swym czcigodnym, niematerialnym ciele, ale wiedział, że to na nic się nie zda. Do brzegu było już nie daleko, pojadę po uzdrowiciela i wrócę po Bina, myślał Cyrrus.

*

- To już nie daleko Sharon trzymaj się. – Napełniał ją dobrym duchem pegaz.
Mknął z wiatrem, wśród chmur, Zniżył lot, za chwile przekroczą granicę. Trochę zwolnił, nie chciał narażać tak delikatnej istoty na szok. Magia Królestwa, znacznie różniła się od tej w granicach uzdrowiska, która była magią regenerującą. Często w połączeniu z inną magią tworzyła toksyczną czarnomagiczną siłę, która umiała unicestwić istotę przekraczającą granicę.
- Przebyliśmy przez granicę księżniczko – rzekł spokojnie Massimo. Był spokojny, do czasu, kiedy uświadomił sobie, że dziewczyna wolniej oddycha, nie wiedział, że tak regeneruje siły. Przyspieszył więc lotu. Leciał przez chmury, na wysokim nieboskłonie, pełen nadziei. Słońce już chowało się za górami Amarantu, więc, podróżowali cały dzień bez wytchnienia. Zniżył lot na tyle by wydostać się z powłoki chmur. Kiedy to zrobił zobaczył dramatyczną scene, gnającego co sił w kopytach Centaura, blask na Wierzy Uzdrowiciela i unoszącą się w blasku dwie postacie.

*

Lastis widząc co się dzieje wrzasnęła przeraźliwie, myślała, że to tylko legenda, że to nie możliwe. Coś było nie tak. Wiedziała to, jak biała szata mieniła się tęczą w blasku zachodzącego słońca i blasku tych dwu. Jeśli to naprawdę Zjednoczenie Blasku Ducha to trzeb się spieszyć, toć to przecież musi spełnić cały rytuał.
- Ars, Xao, Lin, Bao, Cessre – krzyknęła, zdezorientowani uzdrowiciele popatrzyli się po sobie i podeszli. – To prawdziwe Zjednoczenie. Pamiętacie jak nas uczono. – Wy – zwróciła się do mężczyzn - przynieście belki. Ja z Cessre zajmiemy się dachem i ołtarzem. – Wszyscy pokiwali głowami i rozeszli się w mgnieniu oka.
- Cee, pomóż mi wyrwać tę łodygę Radinisa – powiedziała desperacko Lastis.
Po chwilowym siłowaniu się z rośliną w końcu udało zerwać trzy sztuki, każda była większa od rosłego mężczyzny. Lastis wyjęła nożyk do ziół z buta i rozcięła łodygę od góry do dołu w miejscu, gdzie była troche niebieskawa.
- Złap ten koniec, Cee. – poleciła, sama wzięła, przeciwny i rozsunęły pokaźny materiał, twardy, delikatny i mocny. Zrobiły tak i z pozostałymi. Uzdrowiciele już ustawili belki cztery tak, by utworzyły kwadrat i jedną w środku, między nimi. Kobiety dały im zdobyty materiał i przyleciły zrobienie dachu. Praca była szybka i konkretna. Nagle Lastis jęknęła:
- Za późno. I wskazała ręką w niebo.
Pegaz.

*

Kiedy Massimo zobaczył zaistniałą sytuacje zrozumiał, że sprawa jest poważna, pomknął ku jakiemuś nowemu namiotowi, widocznemu nawet z nieba.
Lastis w tym czasie rozkazała :
- Położyć się. Natychmiast.
Uzdrowiciele szeptali coś między sobą.
- Natychmiast powiedziałam – wrzasnęła oburzona. Posłusznie położyli się pod własnoręcznie dopiero co zrobionym dachem. Kolejni obok siebie na brzuchu, jak tłumaczyła im Lastis. Leżeli kolejno tak jak ich wywołała przedtem, sama zaś położyła się plecami na plecach Arsa. I czekała.
Cyrrus wbiegł na brzeg i zauważył, że wszystkie oczy zwrócone są na jakiś obiekt za nim. Odwrócił się mimowolnie. Bezimienny, jaśniejący, leko unoszący się nad nim. Przed nim unosił się Fryderyk. Było to niesamowite zjawisko, dwu promieniejących mężczyzn wpatrzonych w siebie, którzy przekazywali sobie nawzajem moc. Dzielił ich tylko jakiś nieskładny, brzydki daszek. Pod którym leżała gromada uzdrowicieli. Zanim zdążył wydać jakikolwiek dzwięk pojawił się nad nim Massimo z Sharon. Wleciał pod dach i stanąl nad leżącymi. I zaczął się zatapiać w ziemię. Dematerializował się, bardzo delikanie, tak, że kiedy zniknął pozostawił księżniczkę leżącą na prowizorycznym ołtarzu. Głowę miała na brzuchu Lastis. A na jej palcu pojawił się królewski klejnot – obrączka jej matki. Polecieli ku niej jaśniejący. Stanęli nad nią i mówili, a echo ich słów słychać było nawet w niegdysiejszym Tęczowym Pałacu:

Wpierw tęsknoty choć kropelka
Może też samotności czar
Każde uczucie jest jak dar
Serce jednak mała celka

Które jak pocieszycielka
Zabiera w nie pamięci Bar
Zmieniając wszystek Jawę w Mar
Żałość to nauczycielka

Doświadczenie się przydaje
Możesz wierzyć naszym słowom
Głowy jednak nie oddaję

Jedno chcę rozmowy z Tobą
Małe pytanie zadaję
Mam nadzieję, żeś jest sobą ?

Zapomnij.

„Blask, który ogarnął to miejsce był ponoś widziany nawet na ziemi. Każdy ze świadków, jednogłośnie potwierdza, że było to legendarne, zapomniane Zjednoczenie. Sharon pogrążyła się w głębokim śnie i śni. Nikt nie wie kiedy się ocknie.” Tak później pisał Pustelnik do Albusa.