niedziela, 31 stycznia 2010

6. cz.III

Celem ich wędrówki było serce, które swą zielenią okalało koniec drzewnego traktu. Pustelnik szedł zgaszony rozmyślając nad tym co widział. Iris. Posiadła ogromną moc, jak to się stało. Próbował sobie odpowiadać na te pytania. Przecież nie jest Wiedzącą, a to było bardzo w ich stylu. Tak rozważając szedł, by w końcu, po wszystkich przygodach tego dnia, pokazać przyjaciółce ową tajemnice. Jedyne co nie dawało mu spokoju to złe przeczucia. Dzień był jeszcze młody, niestety. Tak pogrążony we wlasnych myślach został wyrwany z transu:
- Pat – Podjęła Iris.
- Mhm – Mruknął w odpowiedzi.
- Myślę, że znalazłam to czego tak długo szukałam. To czym Ty nie mogłeś mnie obdarzyć, myślę, że to będzie długie i piękne.
Pustelnik uniósł nieznacznie korciki ust:
- Raf.
Kobieta potwierdzająca pokiwała głową.
- No owszem jest specyficzny. W końcu jaki może być władca zmian, hmm…? – zaczęła tłumaczyć.
- Iris – powiedział bardzo poważnie, a uśmiech zszedł z jego twarzy. – Oni źle wybrali, znów trzeba będzie czekać wieki zanim nadejdą ponownie. To wyszło bardziej z przypadku, niżeli z racjonalnego pomyślunku. Ja na przykład nie mam szans zostać Przewodnikiem, przecie Michael jako swego następcę wyznaczył Jenę.
- Ona zawsze może zrezygnować. – zauważyła Pani Szczerości.
- Raf jeśli by trochę powściągnął swe popędy i bunty, byłby bardzo dobry. Co nie zmienia faktu, że nasza trójka absolutnie nie dorówna tamtym. – Westchnął – Gabryel niedługo odchodzi.
- Wiem – posmutniała i Iris. – Ale tam będzie szczęśliwy.
- Jedno szczęście, że nie odpływa do Raju. Tego bym nie wytrzymał. Tego czego nam brakuje, a czego oni mieli w nadmiarze była szczera i prawdziwa przyjaźń. Więź ich łącząca, silniejsza była od miłości. Braterstwo, którym się odznaczali, było godne podziwu. Za każdego z nich oddałbym życie. – powiedział, ale zaraz cofnął – Niestety to tylko słowa.
- Już nie martwmy się, do inauguracji jeszcze trochę czasu. Tedy wszystko w jakimś stopniu się wyjaśni. Teraz wprowadź mnie z należytym szacunkiem do tego miejsca. – wskazała ręką Itachową bramę.
Znaleźli się przed wejściem, Pustelnik nie pamiętał drogi, tak bardzo był zajęty rozmyślaniami. Między strażującymi drzewami pojawiła się piękna istota. Mija. Ubrana była w delikatną blado zieloną sukienkę bez rękawów, zawiązaną wymyślną kokardą z tyłu szyi. Kiedy się ukłoniła, odsłoniła swe blade plecy.
- Bezimienny – rzuciła mu się w ramiona.
Pustelnik odwzajemnił uścisk i zaczął przedstawiać swoich przyjaciół.
- To Mija, odźwierna Serca Lasu Marzeń i Pragnień. – Mara przywitała ich głębokim ukłonem, który wykonywała z dostojną gracją. – Witajcie przyjaciele. Wasze przybycie nie jest dla nas niespodzianką, długo rozmyślałeś o tym, by ją tu zabrać. – wskazała na Iris. – Nie musicie mi się przedstawiać, znam was dzięki waszym pragnieniom i marzeniom.
Pani Szczerości otworzyła szeroko oczy:
- T-to my j-jesteśmy – zaczęła się jąkać – w tym prastarym, mitycznym, świętym lesie, którym zajmują się od niepamiętnych czasów Mary ? – zdumiała się – To przecież prawie awykonalne.
- Jeśli znasz strażniczkę lasu, a raczej jej strażnika to nie – uśmiechnął się Pat, ale widząc minę Iris dodał – tak wiem, ze to skomplikowane, ale kiedyś zrozumiesz.
Mija zaprosiła ich do dalszej wędrówki ruchem ręki. W końcu dotarli do celu. Kiedy weszli Iris tylko otworzyła usta i szepnęła:
- Na wiedzących toć to czyste piękno.

piątek, 29 stycznia 2010

6. cz.II

Podobnie jak jego strażnik sprawiał wrażenie opuszczonego. Zniszczone pnie, połamane konary, zeschnięty bluszcz. Odpychał. Przerażał. Pociągał. W wilgotnym, tak bardzo różnym od tego po za powietrzu czuć było unosząca się tajemnice. Cyjanowe światło rozpraszało mrok, ukazywało niewidoczną gołym okiem ścieżkę, wydeptaną w mchu cienką nitkę. Podążali w ciszy nie patrząc się na boki, nie raz musieli się złapać za dłonie by zmieścić się między wielkimi drzewami, ich kroki zagłuszało miękkie podłoże. W mroku dostrzec można było ruch, który tylko zaostrzał wyobrażenia, jakie istoty mogą się czaić w czeluści lasu.
-Auć – jęknęła przerażona faktem odezwania się Iris.
Wszystkie ruchy i dźwięki lasu zamilkły, poczuli się jakby wszystko się w nich wpatrywało, każdy liść, każdy kamień, każde drzewo. Pustelnik bardzo wolno odwrócił wzrok i spojrzał w głębie mroku, spojrzał i ujrzał niebieskie, jak modrość nieba nad Błękitnym Morzem oczy.
-„Zaraz będą tu niejawy, uciekaj do serca.” – usłyszał w myśl
Bezimienny chwycił mocno Iris za rękę. Spojrzał jej głęboko oczy. Zrozumiała. Ixasis także czuł zbliżających się obrońców lasu. Poleciał szybciej, a w drodze mruczał:
- Na świetlisty księżyc w mroku, przyspiesz mój ogniu kroku.
Pat^^ popatrzył zdezorientowany na istotkę, która rosła w oczach. Była teraz wielkości porządnego kubka. W biegu nie mógł się zapytać co się dzieje. Uciekali przed nieznanym. Ixasis wyprzedził ich znacznie, w pewnym momencie zatrzymał się i pisnął, a jego pisk, był przyjemny dla ucha, niczym śpiew ognistych chórów, wysoki głos uzależniał. Z jego ust wydobywała się strużka światła, każdy dźwięk był zmieniany w serpentynę światła. Świecąca nitka wijąca się jego osoby, rozświetlała już nie tylko drogę, ale i większość lasu. Wiązka światła pływała między przyjaciółmi, a kiedy ognik skończył swą obronną pieśń zmniejszył się do normalnych rozmiarów. Teraz biegli już skrótami, omijając pułapki w postaci przewróconych drzew czy ostrych kamieni. Światło mieniło się lazurem, turkusem, błękitem i srebrem. Blada twarz Pustelnika zdradzała niepokój, który gościł w jego sercu i zmęcznie spowodowane gonitwą. Usłyszeli za sobą jęk. Niejawy. Na ile to możliwe przyspieszyli. Nagle Bezimienny zobaczył jakąś postać, biegła z nad przeciwka. Była tak szybka, że zobaczył tylko burze czarnych jak Amirater włosów i już jej nie było. Nie mógł się odwracać, więc uciekał dalej.
- To już tu – zapiszczał Ixasis
Przed nimi znajdowała się brama, bardzo podobna do tej przy wejściu do lasu, lecz tutejsze drzewa były porośnięte rdzawym bluszczem.
- Ixasis pamiętaj, jeszcze ostatnia zagadka.
W bramie między drzewami pojawił się brązowy duch.
- Na pytanie odpowiedzi będę żądał – zagrzmiał. – Na pustkowiu życia Ci doskwiera, chcesz z nim współżyć, lecz to niemożliwe prawie, życie bez niego sensu nie ma, czego musisz zapragnąć abyś je posiadł, odnalazł w sobie, by je pielęgnować ?
- No to żeśmy utknęli, przyznaję się, nie mam pojęcia. – Przyznał Pustelnik
- Czemu od razu się poddajesz. – Zdumiała się Iris i przejęła inicjatywę. – Duszku powtórz proszę zagadkę.
Zrobił jak mu polecono. Kobieta myślała. Ixasis latał od drzewa do drzewa szukając jakiś ukrytych wskazówek. A Pat^^ usiadł na jakimś pniu, zdezorientowany.
- Ty jesteś Pustelnikiem – to czego siedzisz cicho skarciła go. – Powiedz mam zatem czego się pragnie na Pustkowu?
- Ja jestem specyficznym pustelnikiem.
- No dobra, ale postaw się w sytuacji takiego prawdziwego. – poleciła
- Na Pustkowiu pragnąłbym tylko ludzi chyba. Nie wiem.
Iris zastanowiła się, powtarzała cały czas poszczególne słowa. Nagle zza nich wyskoczyła ciemnoskóra kobieta z platynowo-blond włosami. Była rozczochrana, jak po bitwie.
-Nie odwracaj się Iris – rozkazał Bezimienny. Sam podszedł do nowoprzybyłej.
- Anatachia – warknął
- Mrr – zamruczała jak dzika kotka – Bez-imienny. – Podeszła do zniesmaczonego chłopaka i polizała jego odkrytą szyje – Jam Niejawa i Nie sen.
- Jesteś monotonna zawsze powtarzasz tę samą melodyjkę – zaczął ją parodiować – Jam Niejawa i Nie sen, między Szeol a Raj wystawiona, jam posłuszna tyl… – skończył dostając w twarz. Za nim ognik dodawał otuchy Szczerości. Anatachia wyjęła bat:
- Precz – zawyła, a jej przeklęty głos ogłuszał i otumaniał.
- Milcz – ryknął Pat^^ - Ten las nie należy tylko do was. Że też Betty was stąd nie wyrzuciła.
Kiedy para się kłóciła Ixasis jęknął:
- Zaraz zaczną walczyć, szybciej błagam, Ty nie wiesz co ona potrafi.
Iris zamknęła oczy jeszcze raz powtórzyła sobie treść zagadki. Ktoś rzucił zaklęcie. Olśnienie. Wie. Otworzyła szeroko oczy, odwróciła się mimowolnie, nie zostawiłaby go tu samego, z tą szmatą. Stanęła za swym towarzyszem, ujęła jego rękaw i pociągnęła.
- Mówiłem, żebyś się nie odwracała, za raz Cię opęta. – wykrztusił Pat.
- Nie wydaje mi się – powiedziała pewnie – popchnęła go w stronę bramy sama stanęła twarzą w twarz z Niejawą.
- Zaraz Cię nauczę grzeczności suko, możesz nawet popłynąć najbliższym rejsem wprost do Raju. – zagroziła ciemnoskóra.
Iris podparła się pod boki i subtelnie szepnęła:
- Kurwa.
Za raz jednak jej głos przybrał na sile i wrzasnęła:
- Na śmierci pięknym łonie, niech Twój duch tu przy mnie spłonie. – Uśmiechnęła się szarmancko i rzuciła: - Bywaj.
Anatachia zaczęła wyć z bólu, jej duszę spowiła prawda. Ta najszczersza. Objawiała całą istotę jej istnienia. Niejawy były wychowane przez Śmierć, która to nie była najlepszą opiekunką i nauczycielką. Żyły zakłamane. Podczas wojny, niektóre z nich wstąpiły w szeregi Szeolu. Te dobre walczące pod sztandarem Czasu, które się ostały zostały wysłane by bronić co piękniejszych miejsc w Królestwie. Broniły tych miejsc, zadając morze bólu, osobie, która ośmieliła się naruszyć świętość. Pustelnik właśnie to robił. Pragnął wedrzeć się do serca Lasu Marzeń i Pragnień. Patrzył jak Iris jednym prostym, zapewne autorskim zaklęciem, niszczyła bardzo potężną Niejawę. Odwróciła się zostawiając jęczącą z bólu istotę, podeszła do bramy i powiedziała:
- Trzeba zapragnąć pragnąć.
Duch ustąpił im miejsca, przeszli kolejno: Iris, Ixasis i na końcu Pustelnik, który odwrócił się jeszcze na pięcie i zdjął z Niejawy bolesne zaklęcie.
- Uważaj następnym razem. Ból nie jest dobry, zrozumiałabyś jakbyś była współodczuwającym, nie zadawaj bólu, bo sama bólu doświadczysz.
Szli w tunelu drzew, między nimi przebijało się światło, dzięki, któremu tunel spowity był złotą aurą.

czwartek, 28 stycznia 2010

6. cz.I

Wyszedł z lasu, na niewielką polanę między pagórkami. Zobaczył domek z ciemno brunatnych belek, poszedł w jego stronę, wydeptaną w trawie ścieżką. Obszedł chatę dwa razy, porosła mchem. Stanął przed północną ścianą domu i nonszalancko zapukał niewidzialną kołatką w masywne drzwi, których nie można było odróżnić od reszty, które otworzyć można było tylko od środka. Przez chwilę stał przed wejściem, usłyszał w domu kroki, mruknięcie i szczęk wrót. Uchylił je na tyle by widzieć gospodynię owego miejsca.
- Gotowa ? – zapytał z figlarnym uśmieszkiem i podał jej swe ramie by za nim podążyła. Iris ubrana była w długą, żywo zieloną suknie przy ciele. Delikatny gorset na piersiach związany czarnym rzemykiem sprawiał, że wyglądała bardzo ponętnie.
- Poczekaj, jeszcze chwilę. – powiedziała wyniośle i zaśmiała się szczerze. Pani Szczerości. Zniknęła w czeluści swej posiadłości, a Pustelnik cieszył się popołudniowym powietrzem, wziął głęboki oddech i zastanawiał jak minie im wędrówka, długo nie przemieszczał się za pomocą magii. Iris wróciła w śliwkowym płaszczu podróżnym, spinanym piękną, wściekle różową broszą w kształcie feniksowego pióra. Wyszła na zewnątrz i wzięła go pod rękę. Pstryknęła palcami, drzwi za nimi zaryglowały się od wewnątrz. Oswobodziła się z ramienia towarzysza przeciągnęła się leniwie i ukazała swoje skrzydła. Takie same jak u ważki. Koloru zgniłej zieleni, przeczesywane przez tysiące oliwkowych, brązowych i czarnych żyłek. Wyglądała oszałamiająco: dumna, piękna i niebezpieczna.
- Schowaj skrzydła Iris. – poprosił Pat^^. Ona zrobiła zdziwioną minę.
- Dlaczego ?
- Bo ja nie umiem latać, a po za tym wypadałoby czasem skorzystać z tego co oferuje nam magia, czyż nie?
- No niech będzie. – Powiedziała. Zamknęła oczy wzięła głęboki oddech, a skrzydła rozpłynęły się w powietrzu.
- Tak lepiej, - uśmiechnął się i kontynuował – pamiętasz jak się to robi ? – zapytał, ale zaraz pożałował odpowiedzi.
- Trudno żebym zapomniała – odpowiedziała, po czym zrobiła wyzywającą minę, i szepnęła:
- Zróbmy to.
- Czy Ty chociaż raz nie możesz myśleć o czym innym ? – zastanawiał się Pat^^.
- Oj uśmiechnij to tylko taki szczere żarty. – uśmiechnęła się promiennie jak miała w zwyczaju, chwyciła go za dłoń i powiedziała: -mam nadzieję, że Ty pamiętasz jak to się robi.
Kobieta pociągnęła chłopaka za rękę, przyspieszyła kroku:
- Tylko skup się gdzie chcesz nas zabrać, bo ja nie ma pojęcia.
Pustelnik zamknął oczy, wyobraził sobie, tę kładkę i wieżyczkę. I za raz po tym zobaczył tysiące kształtów i kolorów, jego ciało nie istniało, był tylko duch. Mimo niecielesności czuł cały czas rękę Iris. Kształty zaczęły się zlewać, wirować w głowie. Stanął na gruncie i zakszusił się, do granic możliwości orzeźwiającym i czystym powietrzem. Las był przed nimi. Ale można się było do niego dostać tylko przechodząc przez bramę.
- Gdzie jesteśmy ? – Zapytała Iris.
- Zobaczysz – odpowiedział wymijająco pustelnik. Wziął ją pod rękę i zaczął ją prowadzić ku mało zachęcającej kładce, z jedną tylko barierką. Śmiało przeszedł przezeń, a ona widząc jego pewność szła tuż za nim. Musieli iść gęsiego, gdyż kładka była zbyt wąska, by pomieścić ich oboje. Ich oczom ukazał się dom. Obrońca lasu. Ta strzelista granatowa wieżyczka, ten dom.
- Ta wieża jest magiczna prawda. –stwierdziła Iris.
- A jak myślisz ? – Zapytał oczywistym tonem.
- No dobra niech będzie, zionie stąd magią. Tak tylko zapytałam – tłumaczyła się.
- Już dobrze - uśmiechnął się i poprowadził ją koło domu z szaro-niebieskimi cegłami. Od okien odbijało się światło słońca. Budynek wyglądał na mroczny i opuszczony, ale to tylko wrażenie. Był zamieszkały, Pat^^ doskonale o tym wiedział, a mało zachęcający był przez ziejącą z lasu tajemnicę.
- Co to ?! – prawie krzyknęła przestraszona Iris, wpatrując się w rdzawe pnącze na ścianie domu.
- Spokojnie. To nie to co myślisz. Wijce są tylko w Pałacu Matki. – uspokoił ją chłopak – nienawidzę tej nazwy – rzucił jeszcze przez ramię i szli dalej.
- Mógłbyś mi jednak powiedzieć co to było. – dociekała
- Oj uspokój się. Jak teraz się boisz, to w lesie po prostu zwariujesz.
Szli jeszcze przez chwilę brukowaną ścieżką, zrobioną z dużych, mosiężnych głazów. Milczeli. Pani szczerości kontemplowała to miejsce, przerażało ją. Bezimienny cały czas coś mruczał pod nosem. Nagle stanął. Iris zdezorientowana prawie straciła równowagę.
- Co Ty do Szeolu robisz – warknęła.
- Milcz. I nie przeklinaj. – Powiedział to z taką mocą, że Iris natychmiast zrozumiała swój błąd. – To miejsce jest święte. Nie waż się niczego dotykać, nie odzywaj się, jak będziemy na miejscu to Ci powiem, ale do tego czasu musisz uważać. Las strzeże swego serca, a do niego właśnie chcemy się udać.
Iris patrzyła na niego z rozdziawionymi ustami:
- Jasne. – zgodziła się posłusznie.
- Twoje słownictwo jest na dość niskim poziomie – przewrócił oczami i polecił – odsuń się proszę.
Kobieta usłuchała, ale przedtem jeszcze szepnęła na stronę coś o tym, że „sam nie mówisz lepiej”.
Pat^^ skarcił ją wzrokiem i wyprostował się, co rzadko mu się zdarzało, wyciągnął jedną rękę, jakby chciał się z kimś przywitać. Ukłonił się i wykonał dziwny gest nadgarstkiem, tak że środek jego dłoni zwrócony był w stronę nieba. Ogromny dąb i postawny klon zapletli nawzajem swe gałęzie, a las zaczął mruczeć i niósł swe dźwięki cyklicznymi podmuchami wiatru. Pustelnik popatrzył spod grzywki na drzewa. Zamoknął oczy i na jego dłoni pojawiła się ledwo dostrzegalna mydlana bańka. Zawisła nad nadgarstkiem i rosła, kiedy skończyła nabrzmiewać Pat spojrzał nań, a ta popłynęła w stronę gałęzi. Zatrzymała się na środku. W miejscu dlań właściwym. Iris owego miejsca nie dostrzegła wcześniej, dopiero teraz, kiedy bańka się w nim usytuowała. Bezimienny się wyprostował. Krzewy, bluszcz i dolne gałęzie wydały syczący głos i w postaci dymu pomknęły w stronę bańki. Ta rozdarła się na dwoje, ale mimo to nie zniknęła w tęczowej mgiełce, pozwoliła dymowi do siebie wlecieć. Kiedy to uczynił ona scaliła się z powrotem. A przed Bezimiennym i Irys znajdowała się teraz Bańkowa Brama, Brama Dębu i Klonu, Brama Jassina. Miała wiele nazw, ale jedno było pewne, robiła piorunujące wrażenie, nawet na tych, którzy już owe sztuczki widzieli. Dwa potężne drzewa, z poplątanymi w górze gałęziami, z mydlaną bańką po środku. Za portalem zionęła tajemnica i mrok. Pat^^ wyciągnął z kieszeni miniaturowy gwizdek. Miał bardzo delikatny błękitny przechodzący w srebro kolor. Muskał go palcami. Nagle jednak zacisnął pięść, a z niej na ziemie posypał się pył. Nie zdążył jednak upaść zaczął wirować, tworząc ognik. Ten podleciał przed oczy Pat^^’a, ukazując małą świecącą istotkę, która rzuciła z wyrzutem:
- Mógłbyś delikatniej.
- Wybacz Ixasisie, nie umiem robić tego tak jak flamandery.
- Zauważyłem – zrobił obrażoną minę
- Nie złość się, wezwałem Cię byś oświetlił mi drogę.
- Domyślam się – przerwał mu – zawsze mnie wzywasz kiedy czegoś potrzebujesz – teraz ognik był zły nie na żarty. – Cóż to za miej… - odwrócił się i nie dokończył – Trzeba było tak od razu.
- Nie dałeś mi dojść do słowa – uśmiechnął się Pustelnik. – Pozwól, że przedstawię Ci panią Szczerości, Nowicjuszkę w zakresie Słuchania, Strażniczkę Zielonego Płomienia, Iris Wytrwała.
Kobieta ukłoniła się pięknie, a ognik podleciał do niej zaciekawiony.
- Ixasis, Młodszy Książe Rodziny Ixa, Władca Cyjanowego Płomienia kłania się nisko i poleca na przyszłość, jeśli takowa istnieje i jeśli dane mi będzie bytować. – przedstawił się bardzo piskliwym głosikiem. – Jak zostałaś strażniczką płomienia ? Dlaczego ? Z czym …
- Porozmawiacie kiedy indziej teraz proszę Ixasisie oświetl nam drogę w tym na pozór czarnym od mroku lesie.
- Zawsze mnie tak traktuje – westchnął ognik do Iris. I fuknął przez ramię na właściciela.
- Nie tylko Ciebie mój drogi, nie tylko. – Uśmiechnęła się.
Pustelnik poprawił swój ciemnozielony płaszcz i podał swe ramię kobiecie ta wzięła je ochoczo, nie chciała iść sama w tym lesie bała się go. Bezimienny uśmiechem dodał jej otuchy. Prawą ręką dał znak Ixasisowi, że by ich poprowadził. I przeszli przez Jassinową Bramę. A ognik oświetlał im drogę. Weszli do lasu.

sobota, 9 stycznia 2010

5. cz.II

Kiedy otworzył oczy był już w połowie Morza Błękitnego, jego woźnica biegł po moście bardzo pewnie, mimo złudnego wyglądu starych desek. W dali rysował się już zarys budynków. Niskie domki na szczytach pagórków, każdy z ogrodem, na środku świątynia z pokaźną wierzą widzianą nawet z lądu. To największe uzdrowisko zawsze pełne było różnorakich istot, opętanych iluzjami, urokami, lub śpiewem złych syren czy flamandorów. Centaur gnał bardzo pewnie, jak na kogoś, kto poruszał się po nie zachęcających, zbutwiałych belkach. Wiatr uderzał Pustelnika w twarz, był wyczerpany. Sharon bardziej potrzebuje pomocy, ta myśl cały czas chodziła mu po głowie. Przyległ mocniej do torsu półkonia, wychylił się zań, i popatrzył. Do celu było jeszcze nie mało drogi, lecz przekroczyli już granicę magii miejsca. Samotnik zebrał wszystkie swoje siły, napiął wszystkie swoje członki, wyprostował się, uniósł ręce jakby chciał utworzyć przed sobą tarczę, rozprostował je, i w geście wyciągniętych do innych dłoni nakazał Cyrrusowi:
- Pochyl się. – Centaur usłuchał.
Pat^^ zebrał w sobie całą magię, która zaczęła się regenerować, po w jechaniu na teren uzdrowiska, i z tak wyciągniętymi rękoma, z lśniącymi blaskiem oczami szepnął:
- Fryderyku.
Ledwo słyszalny dźwięk poniósł się echem po wodzie. Im bliżej był Wyspy tym stawał się głośniejszy, kiedy w końcu spłynęło niczym ogromna fala na nadbrzeżną osadę, podniósł się alarm. Biała Wieża, wieża uzdrowiciela, zalśniła tym samym blaskiem co oczy Słuchającego, a w jego głowie brzmiał głos:
- Bin, zbierz w sobie całą energię, sam nie dam rady pomóc Twej przyjaciółce – mówił to opiekun wyspy, który wyszedł z jednego z małych, przyjaznych i ciepłych domków, zeń również wydobywał się owy blask. Osoba, śmiertelna lub Szeol nie dostrzegałby żadnej różnicy, ludzie z Królestwa widzieli blask, nie wiedzieli jednak gdzie dokładnie lśni, jedni twierdzili, że w okolicy serca, inni, że oczu, jeszcze inny mawiali, że cała postać jaśnieje. Zjednoczenie Blasku Ducha. To teraz praktykowali. Było to możliwie jedynie, iedy ktoś chciał pomóc komuś innemu nie sobie. Pustelnikowi zależało na wytłumaczeniu Fryderykowi co dzieje się z Sharon, on jednak wykorzystał to w inny sposób. Uzdrawiał go na odległość, pomagała mu w tym wieża, która skrywając w sobie sekrety, wielu poprzednich opiekunów wyspy, wzmacniała jego moc i czyniła go zdolnym leczenia na odległość. Zjawisko było praktycznie nie spotykane, wszyscy uzdrowiciele i świadomi, ozdrowiali pacjenci wyszli ze swych ukryć, by podziwiać owy blask. Pat^^ sam nie wiedział jak tego dokonał. Chciał przyjąć pomoc Fryderyka, kiedy nagle w jego głowie pojawił się ów głos:
- Zdradzony ? Zawstydzony ? Opuszczony ? – omamiał
- Wsłuchaj się w mój głos ! – Przekonywał uzdrowiciel.
- Zapominij, i tak przegrasz. Nie wygrasz, liczysz tylko na siebie.
Nagle uczeń Gabryela zobaczył przed sobą jaśniejącą twarz:
- Precz Maro z Szeolu wzięta. – warknęła
Mamiący głos ucichł, a Bezimienny zachwiał się niebezpiecznie na swym wierzchowcu, wykorzystał całą swą energie, był bezsilny.
- Patrz na mnie – poleciła zjawa.
Cyrrus czuł, że jego jeździec za raz, z niego spadnie, a w tym miejscu kładka była tak wąka, że wpadłby niewątpliwie do wody. Trującej wody, wody, której lękali się nawet Los i Czas. Wody Morza Błękitnego, Wody Zapomnienia. Kogo choć kropla ugodziła, ten tracił swą moc, zapominał kim jest, a Sens tracił nad takim władzę. Półczłowiek nie mógł zwolnić, zaczynał się naprawdę niepokoić.
- Na Słuchających i Wiedzących, na Trzech Wielkich, na Matkę Flamandorów i Flamandów, znajdź w sobie zrozumienie. Zrozum co chcę zrobić, poddaj mi się. Na Blask Twego pięknego, skołatanego Ducha, Tęczowy Chłopcze odnajdź w sobie Empatię.
Pustelnik zrozumiał. Fryderyk potrzebował jego dzieła do uzdrowienia Sharon, to bardzo nie bezpieczne, ale skoro tak twierdził uzdrowiciel musi się na niego zdać.
- Nieee. – Wrzasnął Cenaur, kiedy przestał czuć swego przyjaciela na grzbiecie. Wszystko stracone, Bezimienny nie pomoże już nikomu, ani Sharon, ani Fryderykowi. Półkoń zobaczył w górze, lecącego Massima z omdlałą księżniczką na swym czcigodnym, niematerialnym ciele, ale wiedział, że to na nic się nie zda. Do brzegu było już nie daleko, pojadę po uzdrowiciela i wrócę po Bina, myślał Cyrrus.

*

- To już nie daleko Sharon trzymaj się. – Napełniał ją dobrym duchem pegaz.
Mknął z wiatrem, wśród chmur, Zniżył lot, za chwile przekroczą granicę. Trochę zwolnił, nie chciał narażać tak delikatnej istoty na szok. Magia Królestwa, znacznie różniła się od tej w granicach uzdrowiska, która była magią regenerującą. Często w połączeniu z inną magią tworzyła toksyczną czarnomagiczną siłę, która umiała unicestwić istotę przekraczającą granicę.
- Przebyliśmy przez granicę księżniczko – rzekł spokojnie Massimo. Był spokojny, do czasu, kiedy uświadomił sobie, że dziewczyna wolniej oddycha, nie wiedział, że tak regeneruje siły. Przyspieszył więc lotu. Leciał przez chmury, na wysokim nieboskłonie, pełen nadziei. Słońce już chowało się za górami Amarantu, więc, podróżowali cały dzień bez wytchnienia. Zniżył lot na tyle by wydostać się z powłoki chmur. Kiedy to zrobił zobaczył dramatyczną scene, gnającego co sił w kopytach Centaura, blask na Wierzy Uzdrowiciela i unoszącą się w blasku dwie postacie.

*

Lastis widząc co się dzieje wrzasnęła przeraźliwie, myślała, że to tylko legenda, że to nie możliwe. Coś było nie tak. Wiedziała to, jak biała szata mieniła się tęczą w blasku zachodzącego słońca i blasku tych dwu. Jeśli to naprawdę Zjednoczenie Blasku Ducha to trzeb się spieszyć, toć to przecież musi spełnić cały rytuał.
- Ars, Xao, Lin, Bao, Cessre – krzyknęła, zdezorientowani uzdrowiciele popatrzyli się po sobie i podeszli. – To prawdziwe Zjednoczenie. Pamiętacie jak nas uczono. – Wy – zwróciła się do mężczyzn - przynieście belki. Ja z Cessre zajmiemy się dachem i ołtarzem. – Wszyscy pokiwali głowami i rozeszli się w mgnieniu oka.
- Cee, pomóż mi wyrwać tę łodygę Radinisa – powiedziała desperacko Lastis.
Po chwilowym siłowaniu się z rośliną w końcu udało zerwać trzy sztuki, każda była większa od rosłego mężczyzny. Lastis wyjęła nożyk do ziół z buta i rozcięła łodygę od góry do dołu w miejscu, gdzie była troche niebieskawa.
- Złap ten koniec, Cee. – poleciła, sama wzięła, przeciwny i rozsunęły pokaźny materiał, twardy, delikatny i mocny. Zrobiły tak i z pozostałymi. Uzdrowiciele już ustawili belki cztery tak, by utworzyły kwadrat i jedną w środku, między nimi. Kobiety dały im zdobyty materiał i przyleciły zrobienie dachu. Praca była szybka i konkretna. Nagle Lastis jęknęła:
- Za późno. I wskazała ręką w niebo.
Pegaz.

*

Kiedy Massimo zobaczył zaistniałą sytuacje zrozumiał, że sprawa jest poważna, pomknął ku jakiemuś nowemu namiotowi, widocznemu nawet z nieba.
Lastis w tym czasie rozkazała :
- Położyć się. Natychmiast.
Uzdrowiciele szeptali coś między sobą.
- Natychmiast powiedziałam – wrzasnęła oburzona. Posłusznie położyli się pod własnoręcznie dopiero co zrobionym dachem. Kolejni obok siebie na brzuchu, jak tłumaczyła im Lastis. Leżeli kolejno tak jak ich wywołała przedtem, sama zaś położyła się plecami na plecach Arsa. I czekała.
Cyrrus wbiegł na brzeg i zauważył, że wszystkie oczy zwrócone są na jakiś obiekt za nim. Odwrócił się mimowolnie. Bezimienny, jaśniejący, leko unoszący się nad nim. Przed nim unosił się Fryderyk. Było to niesamowite zjawisko, dwu promieniejących mężczyzn wpatrzonych w siebie, którzy przekazywali sobie nawzajem moc. Dzielił ich tylko jakiś nieskładny, brzydki daszek. Pod którym leżała gromada uzdrowicieli. Zanim zdążył wydać jakikolwiek dzwięk pojawił się nad nim Massimo z Sharon. Wleciał pod dach i stanąl nad leżącymi. I zaczął się zatapiać w ziemię. Dematerializował się, bardzo delikanie, tak, że kiedy zniknął pozostawił księżniczkę leżącą na prowizorycznym ołtarzu. Głowę miała na brzuchu Lastis. A na jej palcu pojawił się królewski klejnot – obrączka jej matki. Polecieli ku niej jaśniejący. Stanęli nad nią i mówili, a echo ich słów słychać było nawet w niegdysiejszym Tęczowym Pałacu:

Wpierw tęsknoty choć kropelka
Może też samotności czar
Każde uczucie jest jak dar
Serce jednak mała celka

Które jak pocieszycielka
Zabiera w nie pamięci Bar
Zmieniając wszystek Jawę w Mar
Żałość to nauczycielka

Doświadczenie się przydaje
Możesz wierzyć naszym słowom
Głowy jednak nie oddaję

Jedno chcę rozmowy z Tobą
Małe pytanie zadaję
Mam nadzieję, żeś jest sobą ?

Zapomnij.

„Blask, który ogarnął to miejsce był ponoś widziany nawet na ziemi. Każdy ze świadków, jednogłośnie potwierdza, że było to legendarne, zapomniane Zjednoczenie. Sharon pogrążyła się w głębokim śnie i śni. Nikt nie wie kiedy się ocknie.” Tak później pisał Pustelnik do Albusa.