czwartek, 24 lutego 2011

9 cz. I

Pat wsparł się na swej lasce. Zmrużył oczy i posilił się na mało szczery uśmiech. Podążał ku przewspaniałemu zamkowi Towarzystwa. Rzadko które stowarzyszenie miało cały kompleks zamkowy w jednym miejscu. Może pałac, w którym nauczano był ładny, ale jego właściciele zachwycali się nim jakby to był co najmniej twór samego Piękna. Pustelnik zobaczył właśnie swój cel i niechętnie przyspieszył kroku, co nie zmieniało jednak faktu, że jest już spóźniony. Robiło mu się niedobrze, gdy widział te wszystkie karety i pojazdy jadące koło niego, które zmierzały w tym samym kierunku. Jego myśli były spowite skrajnościami. Uwielbiał naukę, ale gdyby miał rozpamiętywać, to, co przyszło mu to przeżyć, gdy był tu ostatnim razem. Te wszystkie kłótnie, ta doszczętna samotność, ta miłość i nienawiść w stosunku do Jazza. Idąc cały czas rozdrapywał rany z przeszłości. Mimo to był jakiś taki spokojny. Mimo odświętnego ubrania poszedł dość niewygodnym skrótem. Chciał mieć to już za sobą, chciał tylko zobaczyć uśmiechnięte i złośliwe twarze tych, z którymi przyjdzie spędzić mu następne miesiące otrzymać plan i wrócić do chatki. Chociaż, może zajdzie w drodze powrotnej do Krystel. Tak myśląc stanął przed wrotami szkoły. O dziwo były otwarte i nie trzeba było mieć tego przeklętego artefaktu do identyfikacji. Był tak skrajnie niepraktyczny, że Pat częściej używał jego imitacji, z tym, że wartownicy bardzo tedy krzyczeli. Cóż, pokrzyczą i przestaną. Im dłużej był uczniem Towarzystwa tym mniej przejmował się jego personelem i gronem mistrzów. Źle skończył ostatni rok, może nie tak źle jak Jazz, który zmuszony był poddać się egzaminowi z logiki. Ale czuł, że stać go na więcej. Do tego ta świadomość, że mimo tego, iż Towarzystwo jest położone zaraz koło siedziby M. a nie będzie tam teraz żadnej przyjaznej twarzy napełniała go paniką.
W budynku jeszcze nikogo nie było. Wszyscy jeszcze siedzieli w świątyni słuchając ogłoszeń przewielebnych iluzjonistów. Pata nie podniecały te klimaty i poszedł do szatni, zdjął swój piękny zaczarowany zielony płaszcz i udał się w stronę swej sali. Minął parę osób. Między innymi Bajoo, który ja zwykle promieniował spuścizną swego przodka Piękna. Kiedy Bezimienny stanął przed swoją salą poczuł dziwną pustkę, po tej cudowne przerwie, która właśnie się skończyła. Rutyna znów chciała przejąć kontrolę nad tymi biednymi duszami studentów wszelakich szkół i uczelni. Pat mimo wszystko poczuł jakąś dziwną siłę, która dodawała mu otuchy. Albus był przy nim, wspierał go cały czas.
Po dwu dłuższych chwilach, gdzieś w oddali można było usłyszeć wrzask, wrzask załamanych uczniów, którzy rozpoczęli właśnie kolejny czas pogłębiania swojej wiedzy. Pierwszą duszę, którą zobaczył Pat był Jonasz, jak zwykle na czarno, w bardzo ładnej lekko przydługiej marynarce z symbolem śmieci i wiecznego gondoliera, czyli skrzyżowanie wiosła i kosy. Uśmiechnął się promieniście:
- Witaj Pat.
- Mhm, witam Jonasz. Jak tam w pracy, dużo dusz było ostatnio do przetransponowania do Raju? – spytał grzecznie Bezimienny
Jonasz uśmiechnął się jeszcze szerzej i powiedział:
- Po co rozmawiać o pracy Pat? Lepiej mi powiedz jak spędziłeś ostatni czas, wyglądasz na zadowolonego.
- Hmm… było ciekawie, że tak to ujmę. Wiesz przecie jak wygląda pustelnicze życie, non stop jakieś spotkania – zażartował Pustelnik.
Gdy rozmawiali przy Sali gromadzili się inni. Penelopa (Matylda), Bella, Harold, gdzieś w dali mignęła mu Elektra. I w końcu przyszła sama Mistrzyni Universum – Simeba. Otworzyła mosiężne przeszklone drzwi do Sali i zaprosiła całą epistemograficzną śmietankę drugiego roku Wielkiego Towarzystwa. Wystarczyło, by Pat zobaczył Harolda, a już w myślach formułował jakieś tragiczne w skutkach zaklęcie. Harold był pół lustorianinem pół goblinem. Jego gobelinowa mądrość, kłóciła się strasznie z jego naturą istoty wiecznie kopiującej innych. Pat widział w nim wartościową osobę, jednak, Harold był jeszcze młody i nie odkrył w sobie jeszcze gobliniej mądrości, jedyne co wiedział to to, że nienawidzi Bezimiennego. To niestety nie poprawiało stosunków tych wcale dobrych magów.
Wszyscy usiedli przy blatach z kałamarzami. Simeba zaczęła swoją krótką mowę: