Minęło już parę słonecznych dni odką Pat ponownie przestąpił próg Towarzystwa. Pustelnik jak zwykle siedział w chatce pisząc coś nieskładnie. Dopiero co wrócił z murów tego znienawidzonego przez młodych magów miejsca. Musiał szybko dopełnić wszystkie zadane mu rzeczy, ponieważ po zachodzie musiał na ziemię iluzjonistów wrócić. Po mało starannym ogarnięciu wszystkich rzeczy, wziął tobołek i począł się pakować. Płaszcz, ze dwie koszule, jakieś karki gdyby kazano mu robić notatki.
Mimo tego, że przeżył podobnych akcji, jak ta, która miała nadejść wiele, był bardzo zestresowany. Nie mógł się skupić. Na domiar złego miał pomóc Michaelowi w uświetnieniu tego wydarzenia. Zgodził się, bo cóż innego miał zrobić. Jena zdezerterowała w ostatniej chwili, nie mógł zostawić przyjaciela w pojedynkę. Po za tym jego Dar co raz bardziej się uaktywniał. Wiedzący lada dzień miał wybrać swojego następcę na miejscu flamingowego przewodnika zgromadzenia. Pat chciał się zgłosić, ale nie wiedział czy powinien. W końcu już nie było między nim i Piterem jawnej wojny, ale stwierdził, że to syn Muzyki powinien wyjść pierwszy z tym pomysłem. Nie chciał naciskać.
W końcu, spakowany porzucił tę plejadę nieuczesanych myśli i wyszedł z domku. Pogłaskał pieszczotliwie Blankę na dowidzenia i odszedł w stronę Zamku Towarzystwa.
Kiedy dotarł na miejsce zobaczył parędziesięciu ludzi z dwu pierwszych Kondygnacji Nieba. Większość z nich była zaaferowana witaniem się i dowiadywaniem się co słychać u rozmówców. Pat niechętnie przeszedł przez ten mały tłum i skierował się do małej Sali w świątyni, gdzie czekali na niego już Michael i Oliver. Wiedzący trzymał w ręku swój umiłowany przedmiot – gitarę. Oliver zaś brzdąkał na czymś co musiało być z Milenio, bo nie instrument wydawał dźwięki, ale pudło, które było obok owego.
- Witaj Pat. Mam nadzieję, że przećwiczyłeś te wszystkie muzyczne akcenty które kazałem Ci dostarczyć.
- Eee… oczywiście. – skłamał Pustelnik. Eryk co prawda wręczył mu jakieś pilne papiery od Michela, ale nie miał czasu nad nimi usiąść. Przecież znał wszystkie czary, których używał wraz z przyjacielem swego opiekuna. Nie musiał się ich uczyć – „Z resztą, trochę spontaniczności jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło”- pomyślał Pat i zaczął wyczarowywać wokal do płynącej już w powietrzu melodii, która wypływała magicznie z gitary Michaela i pudła Rafa.
- No to bierzmy się do pracy – powiedział Raf i oddali się magii Muzyki.
Ćwiczyli tak przez chwilę, po czym Michael stwierdził się to musi starczyć, bo już nie mają zbyt wiele czasu. Zeszli tedy do świątyni ustawili się na swoich miejscach i zaczęli czarować, by wchodzący do świątyni ludzie mogli od razu słyszeć muzykę, którą tworzyli. Na miejscu dołączył jeszcze do nich jakiś iluzjonistyczny nowicjusz. Powitali go serdecznie i zaczęli grać. Każdy kto wchodził do świątyni zanurzał się w pieśniach i melodiach czarowanych przez Pustelnika i resztę, co od razu koiło duszę.
czwartek, 18 sierpnia 2011
niedziela, 29 maja 2011
9 cz. II
- Nie lubię tegoż rodzaju uroczystości, więc przejdźmy proszę do konkretów, trochę mi się spieszy. Pragnę rozdać wam nowy plan, i poinformować, że zaczynacie w tym roku myślenie niegdysiejsze i naukę o rodzajach miast w królestwie, ta druga o dość rozległa nauka, ale myślę, że będzie mięli z nią problemów. – Zaczęła przechadzać się między ławkami uczniów wręczając im rulony pergaminu. Kiedy skończyła znów stanęła na środku i powiedziała:
- Pragnę jeszcze przywitać dwójkę nowych istot, które wraz z wami będą uczęszczali na zajęcia drugiego roku towarzystwa. – Tu wskazała ręką na hobbita i bardzo ciekawą czarodziejkę, która musiała mieć coś wspólnego z flamandorami.
Pat podniósł nieśmiało rękę. Kiedy Simeba machnęła, by mówił zaczął:
- Czy mamy jakieś zmiany? Krążą plotki po towarzystwie, że paru mistrzów i mistrzyń odeszło.
- Cóż to prawda. Zmienia wam się w sumie siedmiu mistrzów.
- Siedmiu?! – krzyknęła Bella – A-a-ale jak to? – zaczęła się jąkać. Toć to przecież połowa wszystkich, którzy nas uczyli.
- Wybacz Bello, ale to nie nasza sprawa. Plotki szaleją po całym Królestwie, nie wiadomo ile w nich prawdy. Nawet ja sama nie wiem dokładnie, kto z waszych mistrzów został. Pewniakiem jest to, że uczyć was dalej będzie mistrzyni Teranie. – po tych słowach w Sali powstał szum.
- Nie po to pisaliśmy listy, by odeszła, żeby teraz została. Będzie się na nasz mścić. – warknął Harold.
- Kto pisał ten pisał. – rzuciła z niesmakiem w głosie Waridi.
- Dość! – uciszyła ich Simeba. – Wszystkiego się dowiecie na przestrzeni najbliższych dni. Teraz proszę idźcie już sobie. Nacieszcie się ostatnią wolną chwilą przed kolejnym czasem pracy i nauki. To przedostatni rok przed wielkim egzaminem. Jak dobrze wiecie, Czas nie działa na waszą korzyść. Więc dziś jeszcze balujcie. Lecz jutro stawcie się wraz ze wschodem słońca w Zamku Towarzystwa. – spojrzała na swój notatnik – Skończyłam, możecie już iść.
Sala wyludniła się bardzo szybko. Pat wychodząc zaczepił Matyldę i razem skierowali się ku wyjściu. Nie było to jednak tak proste. Cała salwa znajomych twarzy domagała się należytego powitania po tak długim braku kontaktu. Minęli kolejno Andikę, Hebaatę i Betty (ale w tym przypadku Pat nie został uraczony nawet spojrzeniem, bowiem oczy B. zwrócone były w stronę Bajoo). Dochodziła do tego cała gama mistrzowskiego ciała, którym również trzeba było oddać należyte pokłony. Jednak po 10 minutowej przeprawie przez morze różnych istot wydostali się w końcu na zewnątrz. W drzwiach pustelnik ujrzał jeszcze Jazza, ale nawet nie drgnął. Coś innego zwróciło jego uwagę, Jazz stał i czytał ogromny transparent: „Spotkanie Młodych Magów”.
- Idziesz Pat? – usłyszał w głowie telepatyczną wiadomość od czarodzieja. Samotnik puścił to pytanie mimo uszu i odszedł.
- Oczywiście że idę – odpowiedział groźnie w przestrzeń, tak, że nikt go nie usłyszał.
Pustelnik i Penelopa pożegnali serdecznie Bellę i Waridi i ruszyli w stronę małego, skromnego pałacyku Matyldy. Rozprawiając jak zwykle o wszystkim i o niczym.
- Pragnę jeszcze przywitać dwójkę nowych istot, które wraz z wami będą uczęszczali na zajęcia drugiego roku towarzystwa. – Tu wskazała ręką na hobbita i bardzo ciekawą czarodziejkę, która musiała mieć coś wspólnego z flamandorami.
Pat podniósł nieśmiało rękę. Kiedy Simeba machnęła, by mówił zaczął:
- Czy mamy jakieś zmiany? Krążą plotki po towarzystwie, że paru mistrzów i mistrzyń odeszło.
- Cóż to prawda. Zmienia wam się w sumie siedmiu mistrzów.
- Siedmiu?! – krzyknęła Bella – A-a-ale jak to? – zaczęła się jąkać. Toć to przecież połowa wszystkich, którzy nas uczyli.
- Wybacz Bello, ale to nie nasza sprawa. Plotki szaleją po całym Królestwie, nie wiadomo ile w nich prawdy. Nawet ja sama nie wiem dokładnie, kto z waszych mistrzów został. Pewniakiem jest to, że uczyć was dalej będzie mistrzyni Teranie. – po tych słowach w Sali powstał szum.
- Nie po to pisaliśmy listy, by odeszła, żeby teraz została. Będzie się na nasz mścić. – warknął Harold.
- Kto pisał ten pisał. – rzuciła z niesmakiem w głosie Waridi.
- Dość! – uciszyła ich Simeba. – Wszystkiego się dowiecie na przestrzeni najbliższych dni. Teraz proszę idźcie już sobie. Nacieszcie się ostatnią wolną chwilą przed kolejnym czasem pracy i nauki. To przedostatni rok przed wielkim egzaminem. Jak dobrze wiecie, Czas nie działa na waszą korzyść. Więc dziś jeszcze balujcie. Lecz jutro stawcie się wraz ze wschodem słońca w Zamku Towarzystwa. – spojrzała na swój notatnik – Skończyłam, możecie już iść.
Sala wyludniła się bardzo szybko. Pat wychodząc zaczepił Matyldę i razem skierowali się ku wyjściu. Nie było to jednak tak proste. Cała salwa znajomych twarzy domagała się należytego powitania po tak długim braku kontaktu. Minęli kolejno Andikę, Hebaatę i Betty (ale w tym przypadku Pat nie został uraczony nawet spojrzeniem, bowiem oczy B. zwrócone były w stronę Bajoo). Dochodziła do tego cała gama mistrzowskiego ciała, którym również trzeba było oddać należyte pokłony. Jednak po 10 minutowej przeprawie przez morze różnych istot wydostali się w końcu na zewnątrz. W drzwiach pustelnik ujrzał jeszcze Jazza, ale nawet nie drgnął. Coś innego zwróciło jego uwagę, Jazz stał i czytał ogromny transparent: „Spotkanie Młodych Magów”.
- Idziesz Pat? – usłyszał w głowie telepatyczną wiadomość od czarodzieja. Samotnik puścił to pytanie mimo uszu i odszedł.
- Oczywiście że idę – odpowiedział groźnie w przestrzeń, tak, że nikt go nie usłyszał.
Pustelnik i Penelopa pożegnali serdecznie Bellę i Waridi i ruszyli w stronę małego, skromnego pałacyku Matyldy. Rozprawiając jak zwykle o wszystkim i o niczym.
czwartek, 24 lutego 2011
9 cz. I
Pat wsparł się na swej lasce. Zmrużył oczy i posilił się na mało szczery uśmiech. Podążał ku przewspaniałemu zamkowi Towarzystwa. Rzadko które stowarzyszenie miało cały kompleks zamkowy w jednym miejscu. Może pałac, w którym nauczano był ładny, ale jego właściciele zachwycali się nim jakby to był co najmniej twór samego Piękna. Pustelnik zobaczył właśnie swój cel i niechętnie przyspieszył kroku, co nie zmieniało jednak faktu, że jest już spóźniony. Robiło mu się niedobrze, gdy widział te wszystkie karety i pojazdy jadące koło niego, które zmierzały w tym samym kierunku. Jego myśli były spowite skrajnościami. Uwielbiał naukę, ale gdyby miał rozpamiętywać, to, co przyszło mu to przeżyć, gdy był tu ostatnim razem. Te wszystkie kłótnie, ta doszczętna samotność, ta miłość i nienawiść w stosunku do Jazza. Idąc cały czas rozdrapywał rany z przeszłości. Mimo to był jakiś taki spokojny. Mimo odświętnego ubrania poszedł dość niewygodnym skrótem. Chciał mieć to już za sobą, chciał tylko zobaczyć uśmiechnięte i złośliwe twarze tych, z którymi przyjdzie spędzić mu następne miesiące otrzymać plan i wrócić do chatki. Chociaż, może zajdzie w drodze powrotnej do Krystel. Tak myśląc stanął przed wrotami szkoły. O dziwo były otwarte i nie trzeba było mieć tego przeklętego artefaktu do identyfikacji. Był tak skrajnie niepraktyczny, że Pat częściej używał jego imitacji, z tym, że wartownicy bardzo tedy krzyczeli. Cóż, pokrzyczą i przestaną. Im dłużej był uczniem Towarzystwa tym mniej przejmował się jego personelem i gronem mistrzów. Źle skończył ostatni rok, może nie tak źle jak Jazz, który zmuszony był poddać się egzaminowi z logiki. Ale czuł, że stać go na więcej. Do tego ta świadomość, że mimo tego, iż Towarzystwo jest położone zaraz koło siedziby M. a nie będzie tam teraz żadnej przyjaznej twarzy napełniała go paniką.
W budynku jeszcze nikogo nie było. Wszyscy jeszcze siedzieli w świątyni słuchając ogłoszeń przewielebnych iluzjonistów. Pata nie podniecały te klimaty i poszedł do szatni, zdjął swój piękny zaczarowany zielony płaszcz i udał się w stronę swej sali. Minął parę osób. Między innymi Bajoo, który ja zwykle promieniował spuścizną swego przodka Piękna. Kiedy Bezimienny stanął przed swoją salą poczuł dziwną pustkę, po tej cudowne przerwie, która właśnie się skończyła. Rutyna znów chciała przejąć kontrolę nad tymi biednymi duszami studentów wszelakich szkół i uczelni. Pat mimo wszystko poczuł jakąś dziwną siłę, która dodawała mu otuchy. Albus był przy nim, wspierał go cały czas.
Po dwu dłuższych chwilach, gdzieś w oddali można było usłyszeć wrzask, wrzask załamanych uczniów, którzy rozpoczęli właśnie kolejny czas pogłębiania swojej wiedzy. Pierwszą duszę, którą zobaczył Pat był Jonasz, jak zwykle na czarno, w bardzo ładnej lekko przydługiej marynarce z symbolem śmieci i wiecznego gondoliera, czyli skrzyżowanie wiosła i kosy. Uśmiechnął się promieniście:
- Witaj Pat.
- Mhm, witam Jonasz. Jak tam w pracy, dużo dusz było ostatnio do przetransponowania do Raju? – spytał grzecznie Bezimienny
Jonasz uśmiechnął się jeszcze szerzej i powiedział:
- Po co rozmawiać o pracy Pat? Lepiej mi powiedz jak spędziłeś ostatni czas, wyglądasz na zadowolonego.
- Hmm… było ciekawie, że tak to ujmę. Wiesz przecie jak wygląda pustelnicze życie, non stop jakieś spotkania – zażartował Pustelnik.
Gdy rozmawiali przy Sali gromadzili się inni. Penelopa (Matylda), Bella, Harold, gdzieś w dali mignęła mu Elektra. I w końcu przyszła sama Mistrzyni Universum – Simeba. Otworzyła mosiężne przeszklone drzwi do Sali i zaprosiła całą epistemograficzną śmietankę drugiego roku Wielkiego Towarzystwa. Wystarczyło, by Pat zobaczył Harolda, a już w myślach formułował jakieś tragiczne w skutkach zaklęcie. Harold był pół lustorianinem pół goblinem. Jego gobelinowa mądrość, kłóciła się strasznie z jego naturą istoty wiecznie kopiującej innych. Pat widział w nim wartościową osobę, jednak, Harold był jeszcze młody i nie odkrył w sobie jeszcze gobliniej mądrości, jedyne co wiedział to to, że nienawidzi Bezimiennego. To niestety nie poprawiało stosunków tych wcale dobrych magów.
Wszyscy usiedli przy blatach z kałamarzami. Simeba zaczęła swoją krótką mowę:
W budynku jeszcze nikogo nie było. Wszyscy jeszcze siedzieli w świątyni słuchając ogłoszeń przewielebnych iluzjonistów. Pata nie podniecały te klimaty i poszedł do szatni, zdjął swój piękny zaczarowany zielony płaszcz i udał się w stronę swej sali. Minął parę osób. Między innymi Bajoo, który ja zwykle promieniował spuścizną swego przodka Piękna. Kiedy Bezimienny stanął przed swoją salą poczuł dziwną pustkę, po tej cudowne przerwie, która właśnie się skończyła. Rutyna znów chciała przejąć kontrolę nad tymi biednymi duszami studentów wszelakich szkół i uczelni. Pat mimo wszystko poczuł jakąś dziwną siłę, która dodawała mu otuchy. Albus był przy nim, wspierał go cały czas.
Po dwu dłuższych chwilach, gdzieś w oddali można było usłyszeć wrzask, wrzask załamanych uczniów, którzy rozpoczęli właśnie kolejny czas pogłębiania swojej wiedzy. Pierwszą duszę, którą zobaczył Pat był Jonasz, jak zwykle na czarno, w bardzo ładnej lekko przydługiej marynarce z symbolem śmieci i wiecznego gondoliera, czyli skrzyżowanie wiosła i kosy. Uśmiechnął się promieniście:
- Witaj Pat.
- Mhm, witam Jonasz. Jak tam w pracy, dużo dusz było ostatnio do przetransponowania do Raju? – spytał grzecznie Bezimienny
Jonasz uśmiechnął się jeszcze szerzej i powiedział:
- Po co rozmawiać o pracy Pat? Lepiej mi powiedz jak spędziłeś ostatni czas, wyglądasz na zadowolonego.
- Hmm… było ciekawie, że tak to ujmę. Wiesz przecie jak wygląda pustelnicze życie, non stop jakieś spotkania – zażartował Pustelnik.
Gdy rozmawiali przy Sali gromadzili się inni. Penelopa (Matylda), Bella, Harold, gdzieś w dali mignęła mu Elektra. I w końcu przyszła sama Mistrzyni Universum – Simeba. Otworzyła mosiężne przeszklone drzwi do Sali i zaprosiła całą epistemograficzną śmietankę drugiego roku Wielkiego Towarzystwa. Wystarczyło, by Pat zobaczył Harolda, a już w myślach formułował jakieś tragiczne w skutkach zaklęcie. Harold był pół lustorianinem pół goblinem. Jego gobelinowa mądrość, kłóciła się strasznie z jego naturą istoty wiecznie kopiującej innych. Pat widział w nim wartościową osobę, jednak, Harold był jeszcze młody i nie odkrył w sobie jeszcze gobliniej mądrości, jedyne co wiedział to to, że nienawidzi Bezimiennego. To niestety nie poprawiało stosunków tych wcale dobrych magów.
Wszyscy usiedli przy blatach z kałamarzami. Simeba zaczęła swoją krótką mowę:
niedziela, 19 grudnia 2010
... cz.II
- Proszę wymień mi trzeci najważniejszy dokument Królestwa.
- Prawo Magii wypisane przez Moc w Dzień Wielkiej Wody.
- Artykuł 196?
- Przecie już go wymieniłeś. – powiedział Pat po czym nad jego prawym ramieniem pojawił się mały latający elf oznajmiając ważnym biurokratycznym tonem:
- Artykuł sto dziewięćdziesiąty szósty Prawa Magii wypisanego przez Moc w Dzień Wielkiej Wody. Na każdym stworzeniu magicznym ciąży obowiązek uzdrawiania wszystkich, którzy należytej pomocy potrzebują. Chorych, cierpiących i umierających. Zabrania się pod groźbą ciężkich magicznych konsekwencji zapisanych w innych dokumentach, rzucania na wyżej wymienione osoby jakichkolwiek innych czarów niż ratujące i uśmierzające ból.
Elfik zniknął tak szybko jak się pojawił. Bezimienny był w lekkim szoku.
- Widzisz.
- Pat ja jestem naprawdę wyrozumiały. Ja rozumiem wiele rzeczy. Rozumiem, że możesz mieć uprzedzenie do nieznajomych, ale mimo wszystko nie masz prawa, brać wszystkich za Twoich wrogów rodem z Szeolu, których głównym założeniem jest Twoje unicestwienie.
- Jas, ja nie chciałem – tłumaczył się pokornie
- Wiem, że nie, ale musisz uważać. Powoli zaczynasz nie odróżniać przyjaciół od wrogów. Nie wszyscy są źli Pat. Wielkim po prostu poprzewracało się w głowie. Starość nie radość, a i Szeol przez te tysiące lat nie próżnował i wymyślił alternatywę dla Magii. Przecie Ty o tym wszystkim wiesz. I na Cztery Gwiazdy Miłości powiedz mi, gdzie się podział wielki Bezimienny?
- Bezimienny nie istnieje! – krzyknęło rozżalone Uczucie – czy wyście wszyscy powariowali. Czy naprawdę nikt nie pamięta ostatniej Wielkiej Bitwy kiedy w jego serce godziły: włócznia Egoizmu, strzała Brudu i miecz Obłudy? ABSOLUTNIE NIKT NIE PRZEŻYŁBY TAKIEGO ATAKU. – krzyknął przez łzy.
- Ty go przeżyłeś. Z pomocą Miłości, Nadziei, Wiary, Albusa, Michaela i innych Tobie przyjaznych. Ty byłeś panem wielu wolnych istot. Darzyłeś wolnością i przyjaźnią. Pat nie zapominaj, że jesteś Bezimiennym. Jesteś i zawsze będziesz i Bezimiennym i Patem i Tęczowym Chłopcem. Pokochaj samego siebie. Pokochaj w sobie swą słabość. Byłeś na łonie Śmierci, czy naprawdę nic to doświadczenie Cię nie nauczyło?
Pat wstał i wyszedł z chatki. Las pokrywał się rumieńcem amarantowego słońca. Puma leżała przed schodami prowadzącymi do domku. Mag powoli zszedł i usiadł koło osłabionego kota.
- Panie – urwało się ciche łaknienie
Bezimienny spojrzał pod ledwo uchylone powieki, spojrzał w głąb serca tej cierpiącej istoty. Oglądał w nim smutek, żal i tęsknotę. Wytężył swój umysł i starał się spojrzeć głębiej. Położył delikatnie dłoń na łapie kota. A na swoim ramieniu poczuł bladą dłoń niegdysiejszego anioła, który łączył się z nim telepatycznie:
- Pamiętaj kim jesteś. tylko przez pryzmat całego siebie odkryjesz prawdę.
Ręka jakby rozpłynęła się i Pat został sam z osobą, która twierdziła, że jest jego poddanym. Uczucie siedziało i badało zniszczone serce poranionej istoty. Gładziło ją po łapie i podświadomie oddawało swoją ognistą moc uzdrawiając z ran. Pat zobaczył piękne serce pełne Bólu i Nicości.
Wziął głęboki oddech, powietrze było nieco chłodniejsze. Nie przejął się, tylko raz jeszcze skupił swą współodczuwającą moc, by odkryć i ukoić cierpienie przybyłej. Zobaczył cudowne doliny Dobra poprzerywane wstęgami piekielnej Obrzydliwości. Mijał w jej sercu kolejne pokłady Miłości i Ciepła, by znów natknąć się na odpadek jakiegoś głodu przyjaźni. Mimo swego piękna serce było tak przeżarte Szeolem, że pustelnik i nie mógł znieść jego widoku. Uronił granatową jak tęczówka Jassina łzę, która mroźnym szlakiem opłynęła jego drobny policzek. Kropla szczerego zrozumienia i współczucia padła na nos Pumy. Pat zmęczony uchylił powieki, świat oblał się skromnym fioletem brzasku. Kot otworzył oczy i spojrzał na swego władcę swymi pięknymi atramentowo srebrnymi oczyma. Pat odnalazł w nich swe odbicie. Obicie Bezimiennego.
- Panie.
- Blanka.
- Poznałeś mnie Bezimienny. Widać moja ucieczka z Szeolu nie poszła na marne.
- Blanka jak się tu dostałaś, dlaczego byłaś w niewoli Szeolu?
- Opowiem Ci wszystko tylko obiecaj mi jedno.
- Wszystko czego zapragniesz najdroższa.
- Pozwól mi znów żyć pod Twymi skrzydłami, jak niegdyś żyłam w pałacach Tęczowego Chłopca.
- Obiecuję – rzekł pustelnik, po czym objął dawną przyjaciółkę ramieniem. Następnie wrócił do chatki, w której wyczarował nowy fotel dla Blanki. Usiedli naprzeciw siebie i zaczęli rozprawiać o czasach świetności i niewoli. Nie skończyli jednak gdyż, zmęczeni całonocnym penetrowaniem swych serc usnęli w dziewiczej aurze reaktywowanej przyjaźni. A nad snem ich czuwał sam strażnik Betty.
- Prawo Magii wypisane przez Moc w Dzień Wielkiej Wody.
- Artykuł 196?
- Przecie już go wymieniłeś. – powiedział Pat po czym nad jego prawym ramieniem pojawił się mały latający elf oznajmiając ważnym biurokratycznym tonem:
- Artykuł sto dziewięćdziesiąty szósty Prawa Magii wypisanego przez Moc w Dzień Wielkiej Wody. Na każdym stworzeniu magicznym ciąży obowiązek uzdrawiania wszystkich, którzy należytej pomocy potrzebują. Chorych, cierpiących i umierających. Zabrania się pod groźbą ciężkich magicznych konsekwencji zapisanych w innych dokumentach, rzucania na wyżej wymienione osoby jakichkolwiek innych czarów niż ratujące i uśmierzające ból.
Elfik zniknął tak szybko jak się pojawił. Bezimienny był w lekkim szoku.
- Widzisz.
- Pat ja jestem naprawdę wyrozumiały. Ja rozumiem wiele rzeczy. Rozumiem, że możesz mieć uprzedzenie do nieznajomych, ale mimo wszystko nie masz prawa, brać wszystkich za Twoich wrogów rodem z Szeolu, których głównym założeniem jest Twoje unicestwienie.
- Jas, ja nie chciałem – tłumaczył się pokornie
- Wiem, że nie, ale musisz uważać. Powoli zaczynasz nie odróżniać przyjaciół od wrogów. Nie wszyscy są źli Pat. Wielkim po prostu poprzewracało się w głowie. Starość nie radość, a i Szeol przez te tysiące lat nie próżnował i wymyślił alternatywę dla Magii. Przecie Ty o tym wszystkim wiesz. I na Cztery Gwiazdy Miłości powiedz mi, gdzie się podział wielki Bezimienny?
- Bezimienny nie istnieje! – krzyknęło rozżalone Uczucie – czy wyście wszyscy powariowali. Czy naprawdę nikt nie pamięta ostatniej Wielkiej Bitwy kiedy w jego serce godziły: włócznia Egoizmu, strzała Brudu i miecz Obłudy? ABSOLUTNIE NIKT NIE PRZEŻYŁBY TAKIEGO ATAKU. – krzyknął przez łzy.
- Ty go przeżyłeś. Z pomocą Miłości, Nadziei, Wiary, Albusa, Michaela i innych Tobie przyjaznych. Ty byłeś panem wielu wolnych istot. Darzyłeś wolnością i przyjaźnią. Pat nie zapominaj, że jesteś Bezimiennym. Jesteś i zawsze będziesz i Bezimiennym i Patem i Tęczowym Chłopcem. Pokochaj samego siebie. Pokochaj w sobie swą słabość. Byłeś na łonie Śmierci, czy naprawdę nic to doświadczenie Cię nie nauczyło?
Pat wstał i wyszedł z chatki. Las pokrywał się rumieńcem amarantowego słońca. Puma leżała przed schodami prowadzącymi do domku. Mag powoli zszedł i usiadł koło osłabionego kota.
- Panie – urwało się ciche łaknienie
Bezimienny spojrzał pod ledwo uchylone powieki, spojrzał w głąb serca tej cierpiącej istoty. Oglądał w nim smutek, żal i tęsknotę. Wytężył swój umysł i starał się spojrzeć głębiej. Położył delikatnie dłoń na łapie kota. A na swoim ramieniu poczuł bladą dłoń niegdysiejszego anioła, który łączył się z nim telepatycznie:
- Pamiętaj kim jesteś. tylko przez pryzmat całego siebie odkryjesz prawdę.
Ręka jakby rozpłynęła się i Pat został sam z osobą, która twierdziła, że jest jego poddanym. Uczucie siedziało i badało zniszczone serce poranionej istoty. Gładziło ją po łapie i podświadomie oddawało swoją ognistą moc uzdrawiając z ran. Pat zobaczył piękne serce pełne Bólu i Nicości.
Wziął głęboki oddech, powietrze było nieco chłodniejsze. Nie przejął się, tylko raz jeszcze skupił swą współodczuwającą moc, by odkryć i ukoić cierpienie przybyłej. Zobaczył cudowne doliny Dobra poprzerywane wstęgami piekielnej Obrzydliwości. Mijał w jej sercu kolejne pokłady Miłości i Ciepła, by znów natknąć się na odpadek jakiegoś głodu przyjaźni. Mimo swego piękna serce było tak przeżarte Szeolem, że pustelnik i nie mógł znieść jego widoku. Uronił granatową jak tęczówka Jassina łzę, która mroźnym szlakiem opłynęła jego drobny policzek. Kropla szczerego zrozumienia i współczucia padła na nos Pumy. Pat zmęczony uchylił powieki, świat oblał się skromnym fioletem brzasku. Kot otworzył oczy i spojrzał na swego władcę swymi pięknymi atramentowo srebrnymi oczyma. Pat odnalazł w nich swe odbicie. Obicie Bezimiennego.
- Panie.
- Blanka.
- Poznałeś mnie Bezimienny. Widać moja ucieczka z Szeolu nie poszła na marne.
- Blanka jak się tu dostałaś, dlaczego byłaś w niewoli Szeolu?
- Opowiem Ci wszystko tylko obiecaj mi jedno.
- Wszystko czego zapragniesz najdroższa.
- Pozwól mi znów żyć pod Twymi skrzydłami, jak niegdyś żyłam w pałacach Tęczowego Chłopca.
- Obiecuję – rzekł pustelnik, po czym objął dawną przyjaciółkę ramieniem. Następnie wrócił do chatki, w której wyczarował nowy fotel dla Blanki. Usiedli naprzeciw siebie i zaczęli rozprawiać o czasach świetności i niewoli. Nie skończyli jednak gdyż, zmęczeni całonocnym penetrowaniem swych serc usnęli w dziewiczej aurze reaktywowanej przyjaźni. A nad snem ich czuwał sam strażnik Betty.
czwartek, 21 października 2010
... cz. I
Bezimienny wracał z posiedzenia Pustelników, pogrążony we własnych nieuczesanych myślach. Szedł zamyślony przez Dzwoneczkowy Las, po ścieżce, która prowadziła do jego magicznej chatki. Wspierał się na swojej zaczarowanej lasce, w której znajdował się Amirater – najpotężniejszy z istniejących w Królestwie artefaktów. Szedł i powtarzał sobie słowa i obrazy, które dane mu było zobaczyć na wiecu. Pustelnicy spodziewali się nowej duszy w swych szeregach. Kamień Pata był niespokojny, znaczyło się, że i życie nowo przybyłego ma być pełne zawirowań, a jego przyszłość jest nieznana. Ba! nawet nic nie było wiadomo jego przeszłości i teraźniejszości, jak gdyby nigdy jegomość nie istniał. Siedząc pośród reszty pustelników, nie żywiąc do nich żadnych uczuć, czuł, że jest jakoś dziwnie związany z kimś z obrazów, jakie dane było mu zobaczyć.
Nawet nie zauważył, kiedy przechodził, przez wszystkie zabezpieczenia, chroniące jego ziemie. Podniósł oczy, by czarem otworzyć drzwi i znieruchomiał. Na stopniach prowadzących do wejścia domku leżała czarna puma. Pustelnik przywdział pozycję obronną i wycelował koniec swojego kija w leżące, nie zwracające na niego uwagi zwierzę. Odczuł zagrożenie, tym samym pogoda i muzyka na tym niewielkim skrawku ziemi przybrała nieco groźniejszy ton. Bestia leniwie podniosła ślepia na nowoprzybyłego. Wydawała się być straszliwie przemęczona, można byłoby się szarpnąć na stwierdzenie, że wyglądała jak ledwo żywa. Wsparła się na łapach i szepnęła:
- Panie – jej tył opadł na ziemie, próbowała utrzymać fason trzymając wyprostowane przednie łapy.
- Co Cię tu sprowadza – zapytał nieufny Pat – i dlaczego mnie tak nazwałaś? – zapytał
- Byłam wolna pod Twymi skrzydłami, więc byłam Twoja, będąc niczyją. – wypowiedziała przerażona na jednym oddechu i upadła.
Mimo tych szczerych chęci Pat dalej mierzył do niej niby z miecza. Przez wszystkie wyczerpujące, pustelnicze nowinki zapomniał o powłoce chroniącej jego ziemie przed istotami mu nie przychylnymi. Potwornie się bał. Już nie był tym kim był kiedyś. Kiedyś przynajmniej wydawało mu się, że jest wielki, teraz i to złudne przekonanie uleciało z jego ego. Bił isę z myślami nie wiedział jak zareagować.
-„Rzucę na nią jakieś bardzo proste zaklęcie i dowiem się kim jest” – pomyślał i zaczął formułować w myślach formułę, jego moc kumulowała się w Amiraterze, który nie bezpiecznie błyszczał i w tym momencie między kosturem maga i istotą zaczęła materializować się czarnowłosa postać. Jeszcze dobrze się nie pojawiła a już darła się w wniebogłosy:
- Czy Ty do stu Niejaw nie wiesz, ze na chorych, cierpiących i umierających nie rzuca się czarów innych niż uzdrowicielskie, barani łbie?!
Tego Pat zupełnie się nie spodziewał i z wrażenia upuścił różdżkę.
- Jassin…
- No a kto ma być Ty półgłówku ? – wrzasnął i odwrócił się do pumy delikatnie uniósł jej głowę i spojrzał na nią tymi swoimi uzależniającymi niebieskimi oczyma. – A teraz policzę się z Tobą Pat! – warknął i zaciągnął go siłą do chatki, rzucił go na krzesło i zaczął:
Nawet nie zauważył, kiedy przechodził, przez wszystkie zabezpieczenia, chroniące jego ziemie. Podniósł oczy, by czarem otworzyć drzwi i znieruchomiał. Na stopniach prowadzących do wejścia domku leżała czarna puma. Pustelnik przywdział pozycję obronną i wycelował koniec swojego kija w leżące, nie zwracające na niego uwagi zwierzę. Odczuł zagrożenie, tym samym pogoda i muzyka na tym niewielkim skrawku ziemi przybrała nieco groźniejszy ton. Bestia leniwie podniosła ślepia na nowoprzybyłego. Wydawała się być straszliwie przemęczona, można byłoby się szarpnąć na stwierdzenie, że wyglądała jak ledwo żywa. Wsparła się na łapach i szepnęła:
- Panie – jej tył opadł na ziemie, próbowała utrzymać fason trzymając wyprostowane przednie łapy.
- Co Cię tu sprowadza – zapytał nieufny Pat – i dlaczego mnie tak nazwałaś? – zapytał
- Byłam wolna pod Twymi skrzydłami, więc byłam Twoja, będąc niczyją. – wypowiedziała przerażona na jednym oddechu i upadła.
Mimo tych szczerych chęci Pat dalej mierzył do niej niby z miecza. Przez wszystkie wyczerpujące, pustelnicze nowinki zapomniał o powłoce chroniącej jego ziemie przed istotami mu nie przychylnymi. Potwornie się bał. Już nie był tym kim był kiedyś. Kiedyś przynajmniej wydawało mu się, że jest wielki, teraz i to złudne przekonanie uleciało z jego ego. Bił isę z myślami nie wiedział jak zareagować.
-„Rzucę na nią jakieś bardzo proste zaklęcie i dowiem się kim jest” – pomyślał i zaczął formułować w myślach formułę, jego moc kumulowała się w Amiraterze, który nie bezpiecznie błyszczał i w tym momencie między kosturem maga i istotą zaczęła materializować się czarnowłosa postać. Jeszcze dobrze się nie pojawiła a już darła się w wniebogłosy:
- Czy Ty do stu Niejaw nie wiesz, ze na chorych, cierpiących i umierających nie rzuca się czarów innych niż uzdrowicielskie, barani łbie?!
Tego Pat zupełnie się nie spodziewał i z wrażenia upuścił różdżkę.
- Jassin…
- No a kto ma być Ty półgłówku ? – wrzasnął i odwrócił się do pumy delikatnie uniósł jej głowę i spojrzał na nią tymi swoimi uzależniającymi niebieskimi oczyma. – A teraz policzę się z Tobą Pat! – warknął i zaciągnął go siłą do chatki, rzucił go na krzesło i zaczął:
środa, 4 sierpnia 2010
8. cz.II
- Widzieliśmy go już. – stwierdziła – Był sprawdzany przez Cinom. Pół hobbit pół wirtuoz.
- Aaa…- przypomniał sobie Pat, chciał się ucieszyć, jednak świadomość tak wielkiej straty dawała mu się we znaki.
- Myślisz, że da radę wyszkolić potencjalnych epistemografów należycie dobrze ?
- Nie wiem.
- Nie za młody on jest na mistrza ? – zainteresowała się Bella
- Dobre pytanie, jednakowoż Cinom jest niewiele od niego starsza.
- Nie wierzę, przecie ona była najprężniejszą z mistrzów. Ale tak częste nadwyrężanie mocy nie może prowadzić do niczego dobrego.
Pat powoli oswajając się z tą myślą wstał i spojrzał na Matyldę:
- Tak poproszę kawy.
- Oczywiście. W sumie nie zastanawiałaś się by kiedyś zostać oficjalnie Kawoszką ? Myślę, że władza nie miałaby nic przeciwko – uśmiechnął się Pat
- Bardzo zabawne.
Kiedy one rozmawiały, Bezimienny penetrował podziemia swojej chatki w poszukiwaniu najlepszej kawy, wśród miliona rudych puszek z herbatom trudno było mu doszukać się tego bordowego połysku. W końcu jednak znalazł kawę, koło miodowych ziółek i wódki z pelargonii. Była to jedna z najdorodniejszych kaw w Królestwie. Pat lubił swoje kolonialne podboje, dostawał mnóstwo różnych orientalnych ziół, herbat i trunków, sam pijał tego niewiele, lecz miał czym częstować gości. Parę delikatesów było nielegalnych gdyż, nie uzyskał należytego wieku do ich posiadania, ponieważ zawierały one wysokie stężenie iluminy. Złośliwi nazywali ją Krwią Iluzji. Ponieważ po wypiciu takowej mogło się zwariować i uzależnić.
Wystawił głowę z dziury w podłodze. One już zmieniły temat na najnowszą kreacje Simej, która preferowała ostatnio spodnie, co było nie lada skandalem, graniczącym z czystą perwersją, jak zawsze stereotypy dawały się we znaki.
- No i wyobraź obie, że ta blada piękność, paradowała na tym bankiecie w spodniach. Wysokie szpilki na rzemyki i ta błękitna kamizelka delikatnie odsłaniająca jej biust, nie wspomnę o tym, że nawet nie pomyślała o ubraniu czegoś pod ową kamizelkę. – wyliczała prawie zdegustowana Bella
- Podsumowując wyglądała olśniewająco. – skwitował Pat.
- Powiedzmy – mruknęła
- Powróćmy zatem do spraw ważniejszych niż plotkowanie o guście królowej – powiedział i wyczarował trochę wody, bo ta, która została po Bellowej herbacie nie wystarczyła, nalał ją do czajnika i postawił na ogniu, racząc przyjaciółki swym świdrującym zielonym wzrokiem – Więc jak on ma na imię?
- Samoz – rzuciła niedbale Matylda
- Więc niech i będzie Samoz – rzekł Pat podając Mat kubek z kawą.
A później zaczęli rozprawiać o nowych w klasie, tych roku poprzedniego, którzy ponoć problem mięli z myśleniem niegdysiejszym i logiką. I o tym jak zostaną przyjęci, przez te dwa gobliny. Baonet był gdzieś daleko, więc nim na dzień dzisiejszy przejmować się nie musieli, to on raczej przejmował się tym, że nie dostanie żadnej sensownej pozycji w klasie.
Rozmawiali tak do późnego wieczora, kiedy Pat je pożegnał, ogarnął trochę w chatce i napisał pokrótce całe zdarzenie Albusowi. Myśląc o przyjacielu wziął do ręki ciężki tom podstaw epistemogragi i zanurzył się w nim bez reszty.
Tak czytając usnął. Już tylko chwile dzieliły go powrotu w mury towarzystwa. Mury towarzystwa. Mury. Towarzystwa. Kolejne pytania kołatały jego śniącą głowę, lada dzień na większość z nich otrzyma odpowiedź, lecz nie był pewien czy tego chce. Poprawił poduszkę i usnął na dobre, a sen jego był piękny.
- Aaa…- przypomniał sobie Pat, chciał się ucieszyć, jednak świadomość tak wielkiej straty dawała mu się we znaki.
- Myślisz, że da radę wyszkolić potencjalnych epistemografów należycie dobrze ?
- Nie wiem.
- Nie za młody on jest na mistrza ? – zainteresowała się Bella
- Dobre pytanie, jednakowoż Cinom jest niewiele od niego starsza.
- Nie wierzę, przecie ona była najprężniejszą z mistrzów. Ale tak częste nadwyrężanie mocy nie może prowadzić do niczego dobrego.
Pat powoli oswajając się z tą myślą wstał i spojrzał na Matyldę:
- Tak poproszę kawy.
- Oczywiście. W sumie nie zastanawiałaś się by kiedyś zostać oficjalnie Kawoszką ? Myślę, że władza nie miałaby nic przeciwko – uśmiechnął się Pat
- Bardzo zabawne.
Kiedy one rozmawiały, Bezimienny penetrował podziemia swojej chatki w poszukiwaniu najlepszej kawy, wśród miliona rudych puszek z herbatom trudno było mu doszukać się tego bordowego połysku. W końcu jednak znalazł kawę, koło miodowych ziółek i wódki z pelargonii. Była to jedna z najdorodniejszych kaw w Królestwie. Pat lubił swoje kolonialne podboje, dostawał mnóstwo różnych orientalnych ziół, herbat i trunków, sam pijał tego niewiele, lecz miał czym częstować gości. Parę delikatesów było nielegalnych gdyż, nie uzyskał należytego wieku do ich posiadania, ponieważ zawierały one wysokie stężenie iluminy. Złośliwi nazywali ją Krwią Iluzji. Ponieważ po wypiciu takowej mogło się zwariować i uzależnić.
Wystawił głowę z dziury w podłodze. One już zmieniły temat na najnowszą kreacje Simej, która preferowała ostatnio spodnie, co było nie lada skandalem, graniczącym z czystą perwersją, jak zawsze stereotypy dawały się we znaki.
- No i wyobraź obie, że ta blada piękność, paradowała na tym bankiecie w spodniach. Wysokie szpilki na rzemyki i ta błękitna kamizelka delikatnie odsłaniająca jej biust, nie wspomnę o tym, że nawet nie pomyślała o ubraniu czegoś pod ową kamizelkę. – wyliczała prawie zdegustowana Bella
- Podsumowując wyglądała olśniewająco. – skwitował Pat.
- Powiedzmy – mruknęła
- Powróćmy zatem do spraw ważniejszych niż plotkowanie o guście królowej – powiedział i wyczarował trochę wody, bo ta, która została po Bellowej herbacie nie wystarczyła, nalał ją do czajnika i postawił na ogniu, racząc przyjaciółki swym świdrującym zielonym wzrokiem – Więc jak on ma na imię?
- Samoz – rzuciła niedbale Matylda
- Więc niech i będzie Samoz – rzekł Pat podając Mat kubek z kawą.
A później zaczęli rozprawiać o nowych w klasie, tych roku poprzedniego, którzy ponoć problem mięli z myśleniem niegdysiejszym i logiką. I o tym jak zostaną przyjęci, przez te dwa gobliny. Baonet był gdzieś daleko, więc nim na dzień dzisiejszy przejmować się nie musieli, to on raczej przejmował się tym, że nie dostanie żadnej sensownej pozycji w klasie.
Rozmawiali tak do późnego wieczora, kiedy Pat je pożegnał, ogarnął trochę w chatce i napisał pokrótce całe zdarzenie Albusowi. Myśląc o przyjacielu wziął do ręki ciężki tom podstaw epistemogragi i zanurzył się w nim bez reszty.
Tak czytając usnął. Już tylko chwile dzieliły go powrotu w mury towarzystwa. Mury towarzystwa. Mury. Towarzystwa. Kolejne pytania kołatały jego śniącą głowę, lada dzień na większość z nich otrzyma odpowiedź, lecz nie był pewien czy tego chce. Poprawił poduszkę i usnął na dobre, a sen jego był piękny.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
8. cz.I
Inauguracja nastąpić miała lada dzień i znów przez czas długi praca… Niechęć była tym większa, że Albus wybył i nikt nie będzie mógł pomagać Pustelnikowi w epistemografi. Uwielbiał Mistrzynię, była w stanie nauczyć go wszystkiego, jednakowoż, chciał wiedzieć więcej, chciał ją zaskakiwać. Krzątał się po domu, chciał podokańczać milion spraw, które zaczął, ale których nie dane było mu ukończyć w tym czasie. Teraz czekało go po trzykroć czy czterykroć więcej pracy i o stokroć mniej czasu. Jeszcze nie widać było słońca, kiedy do chatki zapukała jakaś ożywiona osoba:
- Pat otwieraj, wiem że tam jesteś. Pat! – dobijał się przybysz.
Pustelnik lekko zdekoncentrowany wygramolił się z łóżka, pstryknął palcami, by się jakoś ogarnąć i otworzył pospiesznie drzwi.
- Bella ?! Co Ty tu robisz ? – spytał skołowany.
- Przyszłam Cię odwiedzić przed inauguracją, co nie można ?
- Oczywiście, że można. – I wpuścił niską, śliczną blondynkę w próg swego domostwa. Ubrana w cekinową, krótka sukienkę, odsłaniającą uda. usiadła na krześle.
- Malinowej ? – spytał gospodarz
- Poproszę.
- Więc co Cię tu sprowadza moja droga ?
- Plotki i fakty – usłyszał odpowiedź, krzątał się przygotowując napój malinową herbatę miał wyjątkowo na wierzchu, wśród książek, na półce z historią królestwa.
- Jakież to informacje Cię sprowadzają ? – pytał mieszając wodę.
- Mistrzyni odeszła. – rzuciła bezpretensjonalnie, z jakimś dziwnym żalem.
- O to dobrze, czyż nie o to nam chodziło? – ucieszył się Pat
- Ale to nie Teranie odeszła. – mówiła krótkimi sztywnymi zdaniami, co było niepodobne do jej zwykłej zawiłej mowy.
Pat zastanowił się chwilę:
- Nie ? – nie dowierzał – w takim bądź razie kto? Saruj? Sibema?
- Nie, nie, nie. – zaprzeczała.
Pat nalał przyjaciółce herbaty, w ładny bladoróżowy szklany kubek wysadzany perłami. Odwrócił się by podać jej wywar, kiedy ona wypowiedziała słowa, które nie chciały dojść do uszu Pata, czary Pustelni, rzeczy, których nie chciał słyszeć w tym miejscu zakrzywiały swe dźwięki i nie mogły nie dochodzić do jego uszu. Jednak Bezimienny chciał dowiedzieć się o kim była mowa i przywołał bytujące gdzieś między obecnymi słowo do swych uszu. I chatkę wypełniło krótkie ciche słowo wypowiedziane przez Bellę:
- Cinom.
Pat puścił kubek, który miał podać gościowi, ten rozbił się na milion kawałków, a jedna z pereł go okalających przeturlała się wprost pod stopę przybyłej.
- Jak to? – mówił prawie bezgłośnie.
- Też byłam zdruzgotana – Pat wodził ręką w powietrzu wyszukując nią oparcia krzesła, kiedy w końcu je znalazł przystawił je sobie i opadł na nie – udało mi się jednak dowiedzieć, że Cinom, bardzo dużo mocy odbierało stawienie się w Towarzystwie, a wesz przecie ile mocy prócz tego wykorzystywała chociażby na naszych lekcjach, a pamiętaj, że nie tylko my byliśmy jej podopiecznymi.
- No wiem, że wypruwała z siebie wszystkie ośrodki mocy, byleby nas czegoś nauczyć, ale jak ja teraz zdam egzaminy? Przecież ktoś nas musi przygotować, kto będzie w jej zastępstwie? – kolejne pytania wypadały mu z ust.
- Nic nie wiem.
- Poczekaj tu chwilę. – poprosił, sam wspomógł się laską i otworzył drzwi na oścież.
Końcem laski zakończonym jego umiłowanym czarnym diamentem wycelował w niebo i zawołał donośnym głosem:
- Matyldo!
Nic szczególnego się nie wydarzyło, prócz wystrzelonej wiązki światła w niebo. Pat chciał wrócić na miejcie, jednak między drzewami coś się poruszyło. Po żwirowej ścieżce kroczyła Matylda:
- Nie trzeba było Bezimienny.
- Co, ale jak ?
- Widziałam jak Bella wyruszał do Ciebie, domyśliłam się o czym chciała z Tobą rozprawiać, a ponieważ mam chyba potrzebne wam informacje to pozwoliłam sobie przybyć tu za nią. Koniec.
- Wejdź proszę – wskazał jej swoje poprzednie, ona wchodząc powiedziała:
- Amis – i zbita szklanka, wraz z zawartością wróciła do poprzedniej postaci.
Matylda podała ją Belli. Pat tymczasem wyczarował nowe krzesło.
- Więc kto obejmie Mistrzostwo za Cinom ?
- Pat otwieraj, wiem że tam jesteś. Pat! – dobijał się przybysz.
Pustelnik lekko zdekoncentrowany wygramolił się z łóżka, pstryknął palcami, by się jakoś ogarnąć i otworzył pospiesznie drzwi.
- Bella ?! Co Ty tu robisz ? – spytał skołowany.
- Przyszłam Cię odwiedzić przed inauguracją, co nie można ?
- Oczywiście, że można. – I wpuścił niską, śliczną blondynkę w próg swego domostwa. Ubrana w cekinową, krótka sukienkę, odsłaniającą uda. usiadła na krześle.
- Malinowej ? – spytał gospodarz
- Poproszę.
- Więc co Cię tu sprowadza moja droga ?
- Plotki i fakty – usłyszał odpowiedź, krzątał się przygotowując napój malinową herbatę miał wyjątkowo na wierzchu, wśród książek, na półce z historią królestwa.
- Jakież to informacje Cię sprowadzają ? – pytał mieszając wodę.
- Mistrzyni odeszła. – rzuciła bezpretensjonalnie, z jakimś dziwnym żalem.
- O to dobrze, czyż nie o to nam chodziło? – ucieszył się Pat
- Ale to nie Teranie odeszła. – mówiła krótkimi sztywnymi zdaniami, co było niepodobne do jej zwykłej zawiłej mowy.
Pat zastanowił się chwilę:
- Nie ? – nie dowierzał – w takim bądź razie kto? Saruj? Sibema?
- Nie, nie, nie. – zaprzeczała.
Pat nalał przyjaciółce herbaty, w ładny bladoróżowy szklany kubek wysadzany perłami. Odwrócił się by podać jej wywar, kiedy ona wypowiedziała słowa, które nie chciały dojść do uszu Pata, czary Pustelni, rzeczy, których nie chciał słyszeć w tym miejscu zakrzywiały swe dźwięki i nie mogły nie dochodzić do jego uszu. Jednak Bezimienny chciał dowiedzieć się o kim była mowa i przywołał bytujące gdzieś między obecnymi słowo do swych uszu. I chatkę wypełniło krótkie ciche słowo wypowiedziane przez Bellę:
- Cinom.
Pat puścił kubek, który miał podać gościowi, ten rozbił się na milion kawałków, a jedna z pereł go okalających przeturlała się wprost pod stopę przybyłej.
- Jak to? – mówił prawie bezgłośnie.
- Też byłam zdruzgotana – Pat wodził ręką w powietrzu wyszukując nią oparcia krzesła, kiedy w końcu je znalazł przystawił je sobie i opadł na nie – udało mi się jednak dowiedzieć, że Cinom, bardzo dużo mocy odbierało stawienie się w Towarzystwie, a wesz przecie ile mocy prócz tego wykorzystywała chociażby na naszych lekcjach, a pamiętaj, że nie tylko my byliśmy jej podopiecznymi.
- No wiem, że wypruwała z siebie wszystkie ośrodki mocy, byleby nas czegoś nauczyć, ale jak ja teraz zdam egzaminy? Przecież ktoś nas musi przygotować, kto będzie w jej zastępstwie? – kolejne pytania wypadały mu z ust.
- Nic nie wiem.
- Poczekaj tu chwilę. – poprosił, sam wspomógł się laską i otworzył drzwi na oścież.
Końcem laski zakończonym jego umiłowanym czarnym diamentem wycelował w niebo i zawołał donośnym głosem:
- Matyldo!
Nic szczególnego się nie wydarzyło, prócz wystrzelonej wiązki światła w niebo. Pat chciał wrócić na miejcie, jednak między drzewami coś się poruszyło. Po żwirowej ścieżce kroczyła Matylda:
- Nie trzeba było Bezimienny.
- Co, ale jak ?
- Widziałam jak Bella wyruszał do Ciebie, domyśliłam się o czym chciała z Tobą rozprawiać, a ponieważ mam chyba potrzebne wam informacje to pozwoliłam sobie przybyć tu za nią. Koniec.
- Wejdź proszę – wskazał jej swoje poprzednie, ona wchodząc powiedziała:
- Amis – i zbita szklanka, wraz z zawartością wróciła do poprzedniej postaci.
Matylda podała ją Belli. Pat tymczasem wyczarował nowe krzesło.
- Więc kto obejmie Mistrzostwo za Cinom ?
Subskrybuj:
Posty (Atom)