czwartek, 18 sierpnia 2011

10 cz.I

Minęło już parę słonecznych dni odką Pat ponownie przestąpił próg Towarzystwa. Pustelnik jak zwykle siedział w chatce pisząc coś nieskładnie. Dopiero co wrócił z murów tego znienawidzonego przez młodych magów miejsca. Musiał szybko dopełnić wszystkie zadane mu rzeczy, ponieważ po zachodzie musiał na ziemię iluzjonistów wrócić. Po mało starannym ogarnięciu wszystkich rzeczy, wziął tobołek i począł się pakować. Płaszcz, ze dwie koszule, jakieś karki gdyby kazano mu robić notatki.
Mimo tego, że przeżył podobnych akcji, jak ta, która miała nadejść wiele, był bardzo zestresowany. Nie mógł się skupić. Na domiar złego miał pomóc Michaelowi w uświetnieniu tego wydarzenia. Zgodził się, bo cóż innego miał zrobić. Jena zdezerterowała w ostatniej chwili, nie mógł zostawić przyjaciela w pojedynkę. Po za tym jego Dar co raz bardziej się uaktywniał. Wiedzący lada dzień miał wybrać swojego następcę na miejscu flamingowego przewodnika zgromadzenia. Pat chciał się zgłosić, ale nie wiedział czy powinien. W końcu już nie było między nim i Piterem jawnej wojny, ale stwierdził, że to syn Muzyki powinien wyjść pierwszy z tym pomysłem. Nie chciał naciskać.
W końcu, spakowany porzucił tę plejadę nieuczesanych myśli i wyszedł z domku. Pogłaskał pieszczotliwie Blankę na dowidzenia i odszedł w stronę Zamku Towarzystwa.
Kiedy dotarł na miejsce zobaczył parędziesięciu ludzi z dwu pierwszych Kondygnacji Nieba. Większość z nich była zaaferowana witaniem się i dowiadywaniem się co słychać u rozmówców. Pat niechętnie przeszedł przez ten mały tłum i skierował się do małej Sali w świątyni, gdzie czekali na niego już Michael i Oliver. Wiedzący trzymał w ręku swój umiłowany przedmiot – gitarę. Oliver zaś brzdąkał na czymś co musiało być z Milenio, bo nie instrument wydawał dźwięki, ale pudło, które było obok owego.
- Witaj Pat. Mam nadzieję, że przećwiczyłeś te wszystkie muzyczne akcenty które kazałem Ci dostarczyć.
- Eee… oczywiście. – skłamał Pustelnik. Eryk co prawda wręczył mu jakieś pilne papiery od Michela, ale nie miał czasu nad nimi usiąść. Przecież znał wszystkie czary, których używał wraz z przyjacielem swego opiekuna. Nie musiał się ich uczyć – „Z resztą, trochę spontaniczności jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło”- pomyślał Pat i zaczął wyczarowywać wokal do płynącej już w powietrzu melodii, która wypływała magicznie z gitary Michaela i pudła Rafa.
- No to bierzmy się do pracy – powiedział Raf i oddali się magii Muzyki.
Ćwiczyli tak przez chwilę, po czym Michael stwierdził się to musi starczyć, bo już nie mają zbyt wiele czasu. Zeszli tedy do świątyni ustawili się na swoich miejscach i zaczęli czarować, by wchodzący do świątyni ludzie mogli od razu słyszeć muzykę, którą tworzyli. Na miejscu dołączył jeszcze do nich jakiś iluzjonistyczny nowicjusz. Powitali go serdecznie i zaczęli grać. Każdy kto wchodził do świątyni zanurzał się w pieśniach i melodiach czarowanych przez Pustelnika i resztę, co od razu koiło duszę.

niedziela, 29 maja 2011

9 cz. II

- Nie lubię tegoż rodzaju uroczystości, więc przejdźmy proszę do konkretów, trochę mi się spieszy. Pragnę rozdać wam nowy plan, i poinformować, że zaczynacie w tym roku myślenie niegdysiejsze i naukę o rodzajach miast w królestwie, ta druga o dość rozległa nauka, ale myślę, że będzie mięli z nią problemów. – Zaczęła przechadzać się między ławkami uczniów wręczając im rulony pergaminu. Kiedy skończyła znów stanęła na środku i powiedziała:
- Pragnę jeszcze przywitać dwójkę nowych istot, które wraz z wami będą uczęszczali na zajęcia drugiego roku towarzystwa. – Tu wskazała ręką na hobbita i bardzo ciekawą czarodziejkę, która musiała mieć coś wspólnego z flamandorami.
Pat podniósł nieśmiało rękę. Kiedy Simeba machnęła, by mówił zaczął:
- Czy mamy jakieś zmiany? Krążą plotki po towarzystwie, że paru mistrzów i mistrzyń odeszło.
- Cóż to prawda. Zmienia wam się w sumie siedmiu mistrzów.
- Siedmiu?! – krzyknęła Bella – A-a-ale jak to? – zaczęła się jąkać. Toć to przecież połowa wszystkich, którzy nas uczyli.
- Wybacz Bello, ale to nie nasza sprawa. Plotki szaleją po całym Królestwie, nie wiadomo ile w nich prawdy. Nawet ja sama nie wiem dokładnie, kto z waszych mistrzów został. Pewniakiem jest to, że uczyć was dalej będzie mistrzyni Teranie. – po tych słowach w Sali powstał szum.
- Nie po to pisaliśmy listy, by odeszła, żeby teraz została. Będzie się na nasz mścić. – warknął Harold.
- Kto pisał ten pisał. – rzuciła z niesmakiem w głosie Waridi.
- Dość! – uciszyła ich Simeba. – Wszystkiego się dowiecie na przestrzeni najbliższych dni. Teraz proszę idźcie już sobie. Nacieszcie się ostatnią wolną chwilą przed kolejnym czasem pracy i nauki. To przedostatni rok przed wielkim egzaminem. Jak dobrze wiecie, Czas nie działa na waszą korzyść. Więc dziś jeszcze balujcie. Lecz jutro stawcie się wraz ze wschodem słońca w Zamku Towarzystwa. – spojrzała na swój notatnik – Skończyłam, możecie już iść.
Sala wyludniła się bardzo szybko. Pat wychodząc zaczepił Matyldę i razem skierowali się ku wyjściu. Nie było to jednak tak proste. Cała salwa znajomych twarzy domagała się należytego powitania po tak długim braku kontaktu. Minęli kolejno Andikę, Hebaatę i Betty (ale w tym przypadku Pat nie został uraczony nawet spojrzeniem, bowiem oczy B. zwrócone były w stronę Bajoo). Dochodziła do tego cała gama mistrzowskiego ciała, którym również trzeba było oddać należyte pokłony. Jednak po 10 minutowej przeprawie przez morze różnych istot wydostali się w końcu na zewnątrz. W drzwiach pustelnik ujrzał jeszcze Jazza, ale nawet nie drgnął. Coś innego zwróciło jego uwagę, Jazz stał i czytał ogromny transparent: „Spotkanie Młodych Magów”.
- Idziesz Pat? – usłyszał w głowie telepatyczną wiadomość od czarodzieja. Samotnik puścił to pytanie mimo uszu i odszedł.
- Oczywiście że idę – odpowiedział groźnie w przestrzeń, tak, że nikt go nie usłyszał.
Pustelnik i Penelopa pożegnali serdecznie Bellę i Waridi i ruszyli w stronę małego, skromnego pałacyku Matyldy. Rozprawiając jak zwykle o wszystkim i o niczym.

czwartek, 24 lutego 2011

9 cz. I

Pat wsparł się na swej lasce. Zmrużył oczy i posilił się na mało szczery uśmiech. Podążał ku przewspaniałemu zamkowi Towarzystwa. Rzadko które stowarzyszenie miało cały kompleks zamkowy w jednym miejscu. Może pałac, w którym nauczano był ładny, ale jego właściciele zachwycali się nim jakby to był co najmniej twór samego Piękna. Pustelnik zobaczył właśnie swój cel i niechętnie przyspieszył kroku, co nie zmieniało jednak faktu, że jest już spóźniony. Robiło mu się niedobrze, gdy widział te wszystkie karety i pojazdy jadące koło niego, które zmierzały w tym samym kierunku. Jego myśli były spowite skrajnościami. Uwielbiał naukę, ale gdyby miał rozpamiętywać, to, co przyszło mu to przeżyć, gdy był tu ostatnim razem. Te wszystkie kłótnie, ta doszczętna samotność, ta miłość i nienawiść w stosunku do Jazza. Idąc cały czas rozdrapywał rany z przeszłości. Mimo to był jakiś taki spokojny. Mimo odświętnego ubrania poszedł dość niewygodnym skrótem. Chciał mieć to już za sobą, chciał tylko zobaczyć uśmiechnięte i złośliwe twarze tych, z którymi przyjdzie spędzić mu następne miesiące otrzymać plan i wrócić do chatki. Chociaż, może zajdzie w drodze powrotnej do Krystel. Tak myśląc stanął przed wrotami szkoły. O dziwo były otwarte i nie trzeba było mieć tego przeklętego artefaktu do identyfikacji. Był tak skrajnie niepraktyczny, że Pat częściej używał jego imitacji, z tym, że wartownicy bardzo tedy krzyczeli. Cóż, pokrzyczą i przestaną. Im dłużej był uczniem Towarzystwa tym mniej przejmował się jego personelem i gronem mistrzów. Źle skończył ostatni rok, może nie tak źle jak Jazz, który zmuszony był poddać się egzaminowi z logiki. Ale czuł, że stać go na więcej. Do tego ta świadomość, że mimo tego, iż Towarzystwo jest położone zaraz koło siedziby M. a nie będzie tam teraz żadnej przyjaznej twarzy napełniała go paniką.
W budynku jeszcze nikogo nie było. Wszyscy jeszcze siedzieli w świątyni słuchając ogłoszeń przewielebnych iluzjonistów. Pata nie podniecały te klimaty i poszedł do szatni, zdjął swój piękny zaczarowany zielony płaszcz i udał się w stronę swej sali. Minął parę osób. Między innymi Bajoo, który ja zwykle promieniował spuścizną swego przodka Piękna. Kiedy Bezimienny stanął przed swoją salą poczuł dziwną pustkę, po tej cudowne przerwie, która właśnie się skończyła. Rutyna znów chciała przejąć kontrolę nad tymi biednymi duszami studentów wszelakich szkół i uczelni. Pat mimo wszystko poczuł jakąś dziwną siłę, która dodawała mu otuchy. Albus był przy nim, wspierał go cały czas.
Po dwu dłuższych chwilach, gdzieś w oddali można było usłyszeć wrzask, wrzask załamanych uczniów, którzy rozpoczęli właśnie kolejny czas pogłębiania swojej wiedzy. Pierwszą duszę, którą zobaczył Pat był Jonasz, jak zwykle na czarno, w bardzo ładnej lekko przydługiej marynarce z symbolem śmieci i wiecznego gondoliera, czyli skrzyżowanie wiosła i kosy. Uśmiechnął się promieniście:
- Witaj Pat.
- Mhm, witam Jonasz. Jak tam w pracy, dużo dusz było ostatnio do przetransponowania do Raju? – spytał grzecznie Bezimienny
Jonasz uśmiechnął się jeszcze szerzej i powiedział:
- Po co rozmawiać o pracy Pat? Lepiej mi powiedz jak spędziłeś ostatni czas, wyglądasz na zadowolonego.
- Hmm… było ciekawie, że tak to ujmę. Wiesz przecie jak wygląda pustelnicze życie, non stop jakieś spotkania – zażartował Pustelnik.
Gdy rozmawiali przy Sali gromadzili się inni. Penelopa (Matylda), Bella, Harold, gdzieś w dali mignęła mu Elektra. I w końcu przyszła sama Mistrzyni Universum – Simeba. Otworzyła mosiężne przeszklone drzwi do Sali i zaprosiła całą epistemograficzną śmietankę drugiego roku Wielkiego Towarzystwa. Wystarczyło, by Pat zobaczył Harolda, a już w myślach formułował jakieś tragiczne w skutkach zaklęcie. Harold był pół lustorianinem pół goblinem. Jego gobelinowa mądrość, kłóciła się strasznie z jego naturą istoty wiecznie kopiującej innych. Pat widział w nim wartościową osobę, jednak, Harold był jeszcze młody i nie odkrył w sobie jeszcze gobliniej mądrości, jedyne co wiedział to to, że nienawidzi Bezimiennego. To niestety nie poprawiało stosunków tych wcale dobrych magów.
Wszyscy usiedli przy blatach z kałamarzami. Simeba zaczęła swoją krótką mowę: