niedziela, 13 grudnia 2009

5. cz.I

Rankiem, kiedy Sharon pogrążona była jeszcze w pełnym pokoju śnie, Pustelnik posprzątał czarami w jej okazałym pałacyku. Niestety, przez swe opętanie miała ogromny nieład w domu jak i w ogrodzie. Około południa Pat wyszedł na wielkie podwórze i zaciągnął się powietrzem, w którym dominował zapach stęchlizny i Samotności. Wyciągnął ręce, zamknął oczy, wypowiedział niezrozumiałe zaklęcie i uporządkował nieco nieład na zewnątrz.
- "Resztą zajmie się Veris" – pomyślał
Obszedł dwa razy pusty ogród, rozmyślając jak najszybciej mogą znaleźć się na Wyspie, nie narażając przy tym zdrowia przyjaciółki. Teleportacja nie wchodziła w grę, piechotą nie doszli by tam w tydzień, jedynym sensownym wyjściem było polecieć.
- „Ale jak ?” – to pytanie snuło się ciągle po jego głowie.
Usiadł na skodach prowadzących do drzwi, kiedy coś w kieszeni uniemożliwiło mu wygodne usadowienie się. Płatek śniegu należący do Simej. Wyjął go z kieszeni, poparzył i nagle go olśniło. Położył klejnot na płaskiej dłoni.
- Mknie przez chmury, przez niebieski las, cny pegazie zabierz stąd nas. – wyszeptał i dmuchnął nań, artefakt zdematerializował się w chaotyczny, ledwo dostrzegalny, błękitny pył, który z każdą chwilą przybierał ostrzejszych kształtów. W końcu przed dworem na brukowanej ścieżce, rozprostował skrzydła Pegaz. Pustelnik ukłonił się w pół i pogłaskał grzywacza.
- Massimo.
- Bezimienny, wiesz, żem tylko przywołany, to nie me ciało lecz duch, który nie jest tak niedościgniony, jak feniksy czy gryfy. Wiem, gdzie chcesz bym Cię zaprowadził, lecz nie wiem czy podołam temu zadaniu.
- Mną się nie martw, byleby Sharon się tam dostała jak najszybciej. Muszę jeszcze porozmawiać z Fryderykiem, by wiedział co robić, kiedy księżniczka tam będzie. Mogę na ciebie liczyć ?
- Oczywiście, mam również nadzieję, że moja moc osłabi nieco jej skołataną Iluzją duszę. Przyprowadź ją, ja rozprostuję w górze skrzydła.
Duch z wielką siłą zaczął machać skrzydłami, Pat odwrócił się wszedł do domu, kierując się do sypialni. Przemierzył schody i kiedy miał wejść do komnaty, w której leżała Sharon, zauważył uchylone drzwi do gabinetu. Pchnął je i ujrzał okazałe drewniane biurko, na którym leżały, srebrne koperty i turkusowy atrament. Wziął je do ręki i schował w kieszeni płaszcza.
- „Mogą się jej przydać, kiedy wyzdrowieje”. – pomyślał
Wrócił po przyjaciółkę, która bardzo osłabiona majaczyła przez sen.
- Niech sen Twój jak puch lekki będzie, najdroższa. – zanucił, a oddech Sharon się wyrównał.
Objął ją i delikatnie przemierzył cały dom, by wyjść oddać ją w ręce Massima. Pegaz zakręcił ostro w powietrzu i wylądował. Pat^^ spokojnie położył śpiącą księżną na stworzeniu.
- To nie bywałe, mimo tak silnego opętania, śni jak anioł, jest tak silna, czy Ty ją czymś nakarmiłeś, hmm… ?
- Jest silna, ale nikt nie jest w stanie pokonać magii iluzji, uspokoiłem ją pradawną magią flamandorów.
- Widzę, że Twa edukacja nie poszła na marne, i mimo tak miernych wyników, lepiej wykorzystujesz swą wiedze, niż nie jeden wzorowy uczeń.
- Nie pochlebiaj mi Massimo, jeszcze wielu rzeczy muszę się nauczyć, zaczynając od życia kończąc na śmierci. Ale o tym kiedy indziej, teraz płyń z wiatrem, niech Twe skrzydła poniosą Cię prosto do Fryderyka, na Wyspę Zapomnienia, będę tam na was czekał.
Pustelnik, poprawił płaszcz i wyszedł z posiadłości Sharon Aleksandryjskiej. Odwrócił się jeszcze, by spojrzeć na odlatujących przyjaciół.
Uśmiechnął się do siebie i pomknął w stronę środku lasu. Biegł mijając niejedno drzewo i nie jeden krzew, pokaleczył się nieznacznie kiedy był w drodze, mijał niespotykanej urody nimfy, które pilnując rwących potoków szyły wiecznie płynące suknie, obrusy i serwetki; driady pełne wdzięku, rozmawiające między sobą i rozpamiętujące stare lipy i sosny, tańczące w blasku porannego słońca, fałny, biegające na dwu kozich nóżkach, podśpiewujących proste melodie i hobbitów, którzy na polanach doglądali swych roślin. Napotkał też wioskę synów muzyki, ale słońce górowało więc nie wychodzili po za swe domy. Kiedy z braku sił przystanął na chwilę, usłyszał syczący dźwięk w uszach:
- Samotny, jak zwykle, zapomniany. – otumaniał głos
Pat^^, zmęczony, nie był w stanie słuchać się niewiadomej istoty. Złapał się za głowę i upadł na klęczki. Nie wiedział co robi, rzucał czary podświadomie próbując bronić się przed nieznajomym. Driady widząc co się dzieje, wezwały strażników, gdyż ostatni czar Pustelnika zniszczył jedno z drzew. Szum wzburzonych opiekunek, wzniósł się niczym alarm, by w parę chwil później, jeden z centaurów przybył im na ratunek. Chciał bić bezczelnego sprawcę zdarzenia, lecz kiedy zobaczył co dzieje się z potencjalnym złoczyńcom, zrozumiał, że owy jest bardziej poszkodowanym niżeli winnym. Przyklęknął, kiedy jego twarz była na wprost twarzy Pat^^’a, tchnął nań swymi wielkimi nozdrzami, a ten nieprzytomnym wzrokiem patrzył się na wybawiciela.
- Bezimienny. Dlaczego tu jesteś ? Co Ci się stało ?
- Cyrrus ?! – uradował się. – Chciałem się z Tobą widzieć, muszę jak najszybciej znaleźć się na Wyspie Zapomnienia. Co się stało, nie mam pojęcia. Jakiś głos chciał mnie złamać. Nie wiem dlaczego. Pomożesz mi dostać się do Fryderyka ?
- Naturalnie. – odpowiedział centaur podniósł się, stanął na wyprostowanych kopytach i pomógł wstać upadłemu Pustelnikowi. Ten wdrapał się niezdarnie na grzbiet stworzenia,
- Prowadź – szepnął mu do ucha i zamknął oczy, był tak znużony walką we własnej głowie, że wolał oddać się w ręce snu. Mocno objął Cyrrusa w pasie i usnął, a sen jego był niespokojny.

wtorek, 18 sierpnia 2009

4.

Wrócił. Zmęczony, ale spokojny i cichy. W jego sercu zapanowało szczęście, chwilowe, ale zawsze. Co roczny zjazd ludzi, którzy chcą przeżyć coś niezwykłego, coś pięknego, którzy normalnie nie mają czasu odpocząć, którzy zapominają o sobie. Parę tygodni bez wielkich balów i przyjęć, bez kontaktu ze światem. U Ciszy. Jej malownicze ziemie wprawiały ducha w ekstazę. Jesienne aleje z cisowymi ławeczkami, słoneczne góry z zimnymi potokami, ośnieżone pagórki z gwieździstym nieboskłonem, zielone łąki pełne kwiatów, ruiny pradawnych świątyń. Zdarzyło się tak, że miał nad sobą innych, nie darzył ich szczególną sympatiom, ale było wiele takich, przy których radował się bez powodu, z samej obecności. Na ostatnie parę dni przybyła Muzyka, by uczcić czas poświęcony rozmyślaniom i kontemplacji. Spokojnymi nutami wlewała w serca siłę, która potrzebna będzie przy dalszym życiu, życiu tak bardzo szybkim i głośnym.
Szedł w cieniu drzew i doszedł do tej jakże mu znanej żwirowej dróżki. Uśmiechnął się lekko i spojrzał na swoją chatkę, na swój dom. Pełen pokoju w sercu wypowiedział zaklęcie, a drzwi uchyliły się nieznacznie. Pewnym krokiem skierował się ku wejściu do izdebki. Kiedy znalazł się w środku, odetchnął, a zapach książek na półkach i herbaty w piwnicy, przypomniał mu, że ma już dużo pracy.
- „Skończyły się wakacje” – pomyślał.
Uśmiechnął się i usiadł. Klaśnięciem rozpalił ogień w kominku. Czajnik jak zwykle napełniony do pełna wodą, zrobił się od spodu trochę pomarańczowy, by już za chwile skakać oznajmiając, że dokonał już swej powinności. Zrobił sobie swojej ulubionej herbaty, brakowało mu jej tam trochę, ale tam żywił się czymś innym.
Postawił gorący napój na stole wyjął zapiski, niedokończone listy i inne kartki i rzucił na blat koło parującego kubka. Spojrzał na sufit. Wykonał w powietrzu jakiś nietrudny gest, by czerwony dach zniknął a wieczorne zachodzące słońce dotarło do jego chatki i rozjaśniło mu miejsce pracy. Oglądał zwój z imionami osób, które gościły u Ciszy. Michael, Rafael, Margaret, Michael i Jena, Oliver i Iris, tu na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia, i inni wiele, wiele innych, tych których miał zaszczyt poznać jak na przykład Ebbie, Dominic, Mii czy Agg i tych poznać mu się nie udało. I spojrzał z zażenowaniem na swoje zapiski. Obiecał Albusowi, że napisze mu, wszystko jak było. Próbował, ale mu się nie udało. Postawił tam na rozmowę, mało czasu miał na pisanie.
- „Ale napiszę to obiecuję Albusie” – powiedział sobie w duchu.
Ponownie usiadł przy stole i zaczął smarować coś na wzór sprawozdania, patrząc co chwila w niewyraźnie napisanie notatki. Popijając herbatę, zanurzony w nadmorskim słońcu pisał do swojego starszego brata, który był dla niego wzorem, jak ojciec. Kiedy zatopiony we wspomnieniach minionych dni kreślił kolejne litery. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Nie wiedziałem, że tak szybko rozeszła się wieść o moim powrocie – powiedział do siebie.
Oderwał się od pracy i otworzył drzwi. Zdziwił się. Bardzo się zdziwił. Przed nim stała Jedna z pięciu królowych Królestwa. Ubrana w białą sukienkę przy ciele mieniącą się tysiącem gwiazdek śniegu. Włosy proste, białe z fioletowymi przebłyskami niekiedy z ledwo dostrzegalnym diademem. Oczy … i ciekawe. Z przepięknym naszyjnikiem, klejnotem na palcu w kształcie płatka śniegu. Zima.
- Simej – szepnął ledwo słyszalnie, a po jego policzku popłynęła łza, wróciły obrazy dawnych dni. – Co Ty tu robisz ? Nie wyglądasz najlepiej. Simej. – powiedział już głośniej i rzucił jej się na szyje.
– Dobrze Cię widzieć kochana – rzekł jej na ucho.
- Wiem, że nie powinnam, ale przyszłam prosić Cię o pomoc. – powiedziała smutnym głosem.
- Jak to nie powinnaś – oburzył się Pat^^.
- Tyle już dla mnie zrobiłeś, a ja jeszcze czegoś chcę. – tłumaczyła się – Chodzi o …
- Czkaj – rzucił – przecież nie będziemy rozmawiać w drzwiach.
- Ale – chciała zaprotestować Zima
- Nie ma ale. Wchodź. – stanowczo poprosił Pustelnik.
Wyczarował drugie krzesło, bardzo ładnie zdobione krzesło, jakby tron.
- Nie trzeba naprawdę.
- Simej – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Dalej pijesz herbatę z różą, maliną, cynamonem i chili.
- Dalej – przyznała.
Otworzył klapę w środku chatki wszedł do herbaciarni, by po chwili wyjść z rudą puszką.
- Wybacz, że musiałaś czekać – usprawiedliwiał się.
- Tęczowy Chłopcze naprawdę nie trzeba.
- Jesteś moją królową, i tak czuję się niegodny przyjmować Cię pod swoim dachem. Więc pozwól mi przynajmniej obsłużyć Cię po królewsku.
Zaparzył wywar i pomieszczenie wypełnił ostry zapach. Postawił przed Panią mrozów puchar. Królowa z rozdrażnieniem popatrzyła i od niechcenia klasnęła w dłonie, a jej puchar i krzesło były teraz takie sama jak te, których używał Pustelnik.
- Przyszłam do Ciebie rozumiesz. Te luksusy mam na co dzień.
Samotnik zrobił zdziwioną minę, ale pokiwał głową, na znak, że rozumie.
- Więc mów Simej. Mów. – Ponaglił gospodarz – A i jeszcze jedna prośba mów mi Pat.
- Zobaczę. W każdym razie mam pewien problem, znaczy nie ja, choć ja poniekąd też.
-Chwila. Spokojnie. Uspokój się.
- Sharon. – westchnęła – opętana strzałą Amora, zakochała się bez pamięci w Iluzji. Wiesz ile ich jest w królestwie.
- W której, hmm…? – dopytywał
- Iluzji Piękna – szepnęła – nie je, nie odzywa się, wpadła w jakiś trans chyba. Proszę Cię pojedź do niej. Przecież byłeś z nią kiedyś. W naszej przeszłości a jej przyszłości, nie wiem jak to się stało, ale ona przedostała się jakoś w czasie.
- Ja też nie, ale jakby nie patrzeć stało się to. Mam małe obiekcje, ale to nic pewnego. Możesz być spokojna udam się do niej lada chwila.
Wstał spakował lnianą oliwkową torbę i złapał królową za rękę. Ona spojrzała mu w oczy.
- Masz jeszcze tę gwiazdkę z zamku. – zapytał
- Mam tę, którą zostawiłam Morisowi w komnacie. – uśmiechnęła się nieco w końcu.
- Daj mi ją proszę.
Zdjęła z palca pierścień i dała go Pat^^’owi.
- To moja obrączka.
- Spokojnie będę jej strzegł jak przystało na królewski klejnot. – obiecał.
Gospodarz klasnął w dłonie, tak że dach wrócił na swoje miejsce, władczyni podniosła się z krzesła i obdarzyła go smutnym, ale serdecznym spojrzeniem.
- Dziękuję.
- Nie dziękuj, jeszcze nie masz za co. – poprosił. – i pozdrów siostry i Miłość.
Wyszli na zewnątrz, trzymając się za ręce spojrzeli sobie głęboko w oczy. Simej powoli niknęła w błękitnej mgiełce. Pustelnik ścisnął magiczny płatek śniegu, by w chwili później znaleźć się w różanym ogrodzie przed ceglanym domem Sharon.
Rozejrzał się półmrok ogarniał całą okolice, a jedynym źródłem światła był niewielki witraż w budynku. Przeszedł przez brukowaną ścieżkę, mijając gołe różane krzewy. Nie było ani jednego kwiatu. Uchylił wielkie, drewniane, brązowe drzwi, a ich skrzypienie poniosło się echem po pierwszym pomieszczeniu. Dzieło architektury, zaczarowane oczywiście robiło niemałe wrażenie. Wysokie sklepienie było pięknie zdobione freskami. Meble były stare i zniszczone, aczkolwiek pięknie i pachnące. Delikatnie dmuchnął przed siebie i świeczki na całym korytarzu zaczęły wesoło tańczyć ogniem, dopiero teraz można było podziwiać budynek w całej okazałości. Wiele obrazów i rzeźb, starych zegarów i skrzyń. Przyspieszył kroku. Po obu stronach widział różne dzieła sztuki. W końcu doszedł do lekko otwartych drzwi, za którymi kryło się światło i ciepło i coś jeszcze. Tajemnica. Wszedł. Ogromny salon zapierał dech w piersiach. Ogrom książek i wielki marmurowy kominek, niewielki drewniany stół przed kominkiem i dwa duże krzesła obite skórą. Na ziemi zaś leżała osoba. Sharon. Piękna i niewinna jak dawniej. Ściskała w ręku różę, dziwną różę. Czarny kwiat. Chłopiec podbiegł do omdlałej istoty, podniósł i przytulił. Ona zapłakała i szepnęła:
- Nie potrafię.
- Cii…- uspokajał ją. – Wstań proszę, pomogę Ci. Cichutko. – Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Tam położył ją na łożu, zabrał jej śmiercionośną roślinę i doglądał ją całą noc, by następnego poranka wyruszyć wraz z nią na Wyspę zapomnienia. Ale to już był następny dzień …

niedziela, 12 lipca 2009

3.

Rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Echo przeszyło cały zamek. Szczęk starych, ogromnych wrót i ciche kroki. Pustelnik przemierzał mroczny przedsionek. Stare wiolonczele, fortepiany, klarnety i tysiące, tysiące innych starych, niekiedy zniszczonych instrumentów. Doszedł do mało zachęcającej dziury w ścianie, by znaleźć się w cudownym, przepełnionym magią ogrodzie Pani Dźwięków. Minął róże i konwalie i szedł dróżką w kształcie pięciolinii ku pięknie rzeźbionemu wejściu do Sali Wizytowej gospodyni. Jeden z wielu zaczarowanych zamków w tym Królestwie a jednak tak różny, tak inny. I ta muzyka, piękna, niebezpieczna, uzależniająca. Samotnik przeszedł całą komnatę, by wejść po schodach na piętro. Pani domu była zapewne w swojej ulubionej komnacie - rekreacyjnej. Tej w której uczył się grać sam Michael. To tam sprawiała, że wrażliwość można było poczuć, a nienawiść oddać za pomocą jednej pięknej, aczkolwiek mocnej nuty . To tam przy pomocy Architekta konstruowała nowe instrumenty. Mijał te wszystkie świeczniki w kształcie ósemek i obrazy przedstawiające tych, którzy mieli z Nią coś wspólnego. Widział obrazy Jeny, Elizabeth, Michaela. Skręcił w lewo za marmurową figurą śpiewającego flamandora.
Wszedł do jasnej komnaty. Muzyka siedziała przy swoim ogromnym biurku. Zamiast nóg miało cztery klucze wiolinowe, a na blacie leżała sterta starych pożółkłych papierów pergaminów i świstków z nutami lub projektami. Gospodyni spojrzała na niego spod swoich kanciastych okularów połówek.
- Wiedziałam, ze w końcu przyjdziesz. – mruknęła jakby do siebie.
- To było aż tak oczywiste ? – zastanawiał się głośno.
- Mhm. Tak. Za dużo o Tobie słychu. Nie pogrywaj tak z Czasem, nie jest zachwycony.
- Nie wątpię. – rzucił niedbale
- Widzę, że coś Ci jednak zostało.
- Przecie przeszłości się nie pozbędę. Moja droga mówisz jakbyś zapomniała, że sama nie raz próbowałaś się zmienić, to nie ma sensu nie można zmienić się na siłę. Dojrzałem nieco owszem, ale to nic w porównaniu z innymi, z tymi których mi zabrał – westchnął.
- Usiądź przyjacielu. – zaproponowała.
- Nie Czas mnie goni, czuję że coś nie dobrego dzieje się z Beatrycze. Mam coś dla ciebie. – powiedział i wyjął spod płaszcza bardzo stary aczkolwiek przepięknie kaligrafowany pergamin.
- Co to jest ? – Muzyka znała odpowiedź, ale nie wierzyła własnym oczom. – Chyba nie chcesz mi tego oddać ?!
- Właśnie po to przybyłem. Weź to proszę nie mam czasu, spotkałem Beatrycze w drodze do Twego zamku, naprawdę nie wygląda dobrze. – ponaglał gość.
- Chyba zwariowałeś nie przyjmę tego od Ciebie. To papier nadania zdolności. Nie mam nawet takiej mocy, by go odebrać.
- Ale tu wyraźnie widnieje Twój podpis. – bulwersował się Pustelnik.
- Ale to nie ja mam władzę wręczania talentów. Po za tym nikt Ci tego nie przyjmie to Dar. Wiesz przecież, że Dar działa jak silny magiczny artefakt. Odebrać go może tylko osoba, która go dała i Los. Los jak wiesz jest wyczerpany walką i opętaniem, jeszcze dużo czasu minie zanim odzyska całą swą moc. A Terencjusz nie ma w zwyczaju cofać swych decyzji.
- Najwyższy czas aby przerwać tę rutynę. Może pan Te spróbuje czegoś nowego i odbierze mi to. – wskazał ręką na lekko mieniący się papier.
- Najwyższy czas, byś zrozumiał, że nie jesteś pępkiem świata.
- Więc nie odbierzesz mi go ?
- Nie. A Ty nie śmiej nawet próbować go niszczyć. – powiedziała po tym jak spojrzała w jego myśli. – Dar ten przyda Ci się jeszcze w najmniej oczekiwanym momencie. To Talent rozwijaj go. Ma on potężną moc. Może naprawdę być przydatny. I nie dla Ciebie lecz dla innych. Przypomnij sobie Emilie i Ja-Sir’a. Im też kiedyś śpiewałeś. Posiadasz dar choć sam jeszcze go nie zrozumiałeś. – usiadła z powrotem na miejsce i kreśliła jakieś kreski na jakiejś jeszcze niezniszczonej kartce. Pustelnik odwrócił się na pięcie i chciał wyjść kiedy Muzyka nie odrywając oczu od pracy powiedziała:
- Wspomnienie już na Ciebie czeka w ogrodzie. Pamiętasz jak się z nim porozumieć to wychowanek flamandorów. I trzymaj się mocno jego rogów. Bywaj zdrów Tęczowy Chłopcze. – pożegnała go Władczyni Muzyki – przeszłości się nie pozbędziesz. Ale jak wolisz to do zobaczenia Pustelniku.
On stojąc w drzwiach odwrócił głowę i smutnymi oczami wyrażał cały swój ból. I rzekł:
-Następnym razem wystarczy Pat.
-Oczywiście.
-Bywaj Matko Flamandorów.
I wyszedł. Mijał uśmiechnięte twarze swoich znajomych i twarze tych których w życiu nie widział na oczy. Zszedł po schodach. Kiedy znalazł się w ogrodzie zobaczył Wspomnienie. Najpiękniejszego rogacza chodzącego niegdyś po Dzwoneczkowym Lesie. Zanucił znaną melodię na przywitanie. Rogacz przybliżył się do Samotnika i pozwolił się dosiąść.
-„Witaj przyjacielu” – przywitał się w myślach.
- „Gdzie pragniesz bym Cię przetransportować, hmm…?” – usłyszał w głowie
- Wpierw do miasta do Eryka. Następnie znajdź Beatrycze proszę. – powiedział już na głos.
Jeleń pokiwał głową, a jego rogi które złapał Pustelnik były delikatne i czułe jak kwiaty.
Zwierze podniosło jedno kopyto i rozpłynęło się razem z jeźcem w powietrzu w brązową mgiełkę. Poruszaną przez muzykę wyruszył podróż do miasta koło chatki Pustelnika. Tam Pat zostawił informacje Erykowi, że czekają na niego listy dla Sharon, Albusa, Iris, Michaela.
I pomknął w poszukiwaniu Beatrycze.

Kiedy wrócił do swojego domku, był wykończony. Był smutny, zdołowany, bezsilny. Wziął do ręki pióro i najczarniejszy z atramentów. I zaczął kreślić litery. A treść dyktowała mu sama nienawiść.

„ Czasie nędzny tchórzu, pozbawiłeś mnie wszystkiego. Andree. Albusa. Michaela. Ja-Sira. Nienawidzę Cię zdrajco.”

Po czym upadł, zemdlał, a gdy się ocknął było już dawno po zmroku. Było mu bardzo zimno i czuł do siebie wstręt, że dał się opętać nienawiści. Wstał, klaśnięciem rozpalił ogień w kominku. List do czasu wrzucił do ognia wyjął nowy pergamin, śnieżnobiały i krwisto-czerwony atrament i zaczął kreślić litery: „Najdroższy Albusie”

środa, 17 czerwca 2009

2.

Poprosił Veris, by zamek był na chwilę pusty. Przecież to niegdyś on panował tymi ziemiami, tym zamkiem. Przechodził z piętra na piętro, mijaj kolejne schody, drzwi do kolejnych komnat, a za każdą kryło się wspomnienie. Piękne lub nie, ale prawdziwe. Szedł z myślami idącymi daleko wstecz. Był w ogromnej sali balowej na piętrze. Podszedł do fortepianu i pogłaskał koniuszkami palców klawiaturę. Niegdyś grali dla niego a on tworzył. To było dawno. Zamknął oczy i przypominał sobie jak sama Muzyka grała na tym instrumencie. Szedł dalej. Minął swój gabinet, tam gdzie pan spokoju oznajmił mu tragiczną wiadomość o tym, że gdzieś tam się nie dostał. Ale to było nie istotne. Nieuchronnie zbliżał się do miejsca, którego się bał. Ale musiał tam dojść. Mijał kolejne znane miejsca, by w końcu z rozmachem otworzyć ogromne drzwi swojej biblioteki. Było to miejsce nienaruszone mimo jego nieobecności. I mimo największego zbioru ksiąg w całym Królestwie. Wszedł i zaraz uderzyło go światło. Albowiem pomieszczenie miało trzy ściany zajęte przez książki a ściana naprzeciw drzwi była wielkim oknem. Ledwo wszedł w mury tej przepełnionej zapachem książek komnaty, a już w jego oku pojawiła się pierwsza łza. Wszystko było idealnie jak tedy kiedy wychodził stąd po raz ostatni. Na stoliku leżał tomik poezji napisany przez Andree, a o fotel (lekko odsunięty) na którym posadził Albusa przy ich pierwszym spotkaniu opierała się gitara. Umiłowany instrument Michaela. Rozglądał się tak, wdychając tak lubiany przez siebie zapach książek.
Stanął przy tym ogromnym oknie i mruknął:
- Nie jest tak jak być powinno.
- A jak być powinno, hmm...? – zapytał na zbyt znany głos z tyłu
Pustelnik zacisnął pięści.
- Nie uważasz że winieniem się weselić na myśl o Twym powrocie? – warknął
- A kto Ci broni ? Andree zwana Spesą ? Michael zwany Aurisem ? Czy w końcu Albus zwany Conditorem ?
- Anunus – powiedział przez zęby były gospodarz.
- Nie widzę by mój syn miał z tym cokolwiek wspólnego.
- Wynoś się.
- Ja ?! – Zaśmiał się – Nie chcę Cię denerwować, ale to teraz mój dom.
- Racja, więc pozwól, że ja odejdę muszę jeszcze napisać list do Sharon i PePe.
- Do zobaczenia Tęczowy Chłopcze.
Samotnik puścił to mimo uszu i szedł dalej, by jak najszybciej znaleźć się w swojej chatce nad Morzem Błękitnym. By tam dokończyć swą pracę nad podarkami dla przyjaciół.

Kiedy wrócił, wiele przemyślał. Przecież nie będzie mógł wiecznie uciekać przed Czasem. Ale na ten dzień miał ważniejsze problemy. Wyjął z pod kanapy piękną małą skrzynkę. Kiedy ją otworzył ujrzał 12 diamentów. Każdy innego koloru. Uśmiechnął się i wziął się do pracy. Czasu zostało mu niewiele.

sobota, 30 maja 2009

1.

Sięgnął po jedną z tysiąca zakurzonych książek. Otarł rękawem brud z okładki i przeczytał : „Tęczowy Chłopiec i przyjaciele”. Były tam takie dzieła jak „ Sens Czasu” pisana z Iris czy „Głębia Bytu” wspólnego pióra z Ker. Przeglądał tak strony dawniej napisanych przez siebie dzieł, kiedy wypadł z książki list. Ten marchewkowy papier, tylko jedna osoba takiego używała. Podniósł ów przedmiot i usiadł, odłożył książkę na stole i zaczął czytać list od Elektry. Po krótkiej lekturze wstał i podszedł do okna, niebo było rozdarte na dwoje. Po prawej miało granatowo szary kolor, po lewej zaś błękitno różowy. Morska bryza uderzała go w twarz. Zaczęło padać. W chwile później na bezkresie nieboskłonu zawitała tęcza. Pustelnik się uśmiechnął. Elle była daleko
-„Wypadało by do niej napisać” – pomyślał
Jak pomyślał tak zrobił, wyjął ciemno turkusowy atrament, pióro, kremową papeterie i usiadł przy stole. Zaczął kreślić przekrzywione litery: „Najdroższa Elektro”
Już miał pisać dalej kiedy ktoś zapukał do drzwi. Lekko zdziwiony wstał i otworzył. Na deszczu stał goniec.
- Rany Eryku wejdź do środka – ponaglił gościa gospodarz.
- Gabryjelu przybyłem tylko na chwilę. – tłumaczył się goniec
- Co nie zmienia faktu, że kultura nakazuje zapraszać gości. Eryku wejdź do środka proszę.
- Niech będzie – uległ posłaniec.
- Co Cię tu sprowadza chłopcze ? Przecie powinieneś przyjść jutro. – zapytał Pustelnik i postawił czajnik na kominku
- Widzisz mój drogi, mam dla Ciebie coś co nie mogło czekać.
- Cóż to takiego ?
- Chłopak zawahał się chwilę. – List od Czasu.
Pat ^^ zwrócił na niego zmęczone zielone oczy – Czas ? Domyślam się o czym pisze. No nic. Masz coś jeszcze ? – zmienił temat.
- Owszem list od Jazz’a i coś od Michael’a. A Ty masz coś dla mnie?
- Od Michała powiadasz hmm... – zamyślił się – A dla Ciebie owszem. Weź ten list do Iris – wręczył mu zieloną kopertę – i to – powiedział wręczając posłańcowi Srebrną kopertę – To do Sharon. – Napijesz się herbaty ? – zapytał gospodarz
- Wybacz już widnieje, muszę wracać do miasta by mnie ulewa nie spotkała w drodze, ale Dzięki za wszystko, dziękuję Ci Gabryjelu. – żegnał się Eryk
- Przybędziesz jutro ? Mam list do Elektry, nie powinien czekać.
- Z przyjemnością. Może nawet zostanę jutro na chwilę lub dwie. Teraz bywaj mój drogi. – Powiedział w drzwiach.
Gospodarz staną na stopniach przed domkiem. Goniec wsiadł zręcznie na konia i uśmiechnął się na pożegnanie. Ruszył, by w chwilę później zniknąć za drzewami. Pustelnik westchnął wrócił do domku, zamkną drzwi. Usiadł przy stole i pisał dalej: „Droga Elektro”

poniedziałek, 4 maja 2009

Początek.

Był to mały, okrągły, kamienny domek, we wschodniej części boru. Do izdebki prowadził pasek żwiru. Wszędzie panowała zieleń. Był to piękny, spokojny, czarujący zaułek. Powietrze było czyste. Drzewa dawały przyjemy cień. Pustelnik mógł więc często przechadzać się spacerem po lesie. Do miasta były dwie godziny drogi piechotą, bywał tam raz w tygodniu, by uzupełnić zapasy. Mimo pustelniczego życia często miewał gości. Przychodzili po radę lub po prostu p0rozmawiać. On zawsze raczył rozmową. Częstował herbatą, ciastkami, czekoladą. Dwa razy w tygodniu przybywał do niego goniec. Dawał mu parę listów adresowanych do Pustelnika. Pustelnik zawsze dawał mu co najmniej jeden list w zamian, by wysłał go do danej osoby. W chatce pustelnika były 3 krzesła, niewielki stół, kominek, ogromna skrzynia z listami i wiele półek z książkami, a w każda książka, chowała w sobie choćby jeden list, choćby jedno wspomnienie. Były tam nawet takie dzieła, w których była wzmianka o Pustelniku. Był to kolejny dzień, Pustelnik wyszedł z domku, wziął w rękę swój kij i poszedł do lasu. A jak wrócił, czekała go mała niespodzianka, ale to już inna historia.