Wrócił. Zmęczony, ale spokojny i cichy. W jego sercu zapanowało szczęście, chwilowe, ale zawsze. Co roczny zjazd ludzi, którzy chcą przeżyć coś niezwykłego, coś pięknego, którzy normalnie nie mają czasu odpocząć, którzy zapominają o sobie. Parę tygodni bez wielkich balów i przyjęć, bez kontaktu ze światem. U Ciszy. Jej malownicze ziemie wprawiały ducha w ekstazę. Jesienne aleje z cisowymi ławeczkami, słoneczne góry z zimnymi potokami, ośnieżone pagórki z gwieździstym nieboskłonem, zielone łąki pełne kwiatów, ruiny pradawnych świątyń. Zdarzyło się tak, że miał nad sobą innych, nie darzył ich szczególną sympatiom, ale było wiele takich, przy których radował się bez powodu, z samej obecności. Na ostatnie parę dni przybyła Muzyka, by uczcić czas poświęcony rozmyślaniom i kontemplacji. Spokojnymi nutami wlewała w serca siłę, która potrzebna będzie przy dalszym życiu, życiu tak bardzo szybkim i głośnym.
Szedł w cieniu drzew i doszedł do tej jakże mu znanej żwirowej dróżki. Uśmiechnął się lekko i spojrzał na swoją chatkę, na swój dom. Pełen pokoju w sercu wypowiedział zaklęcie, a drzwi uchyliły się nieznacznie. Pewnym krokiem skierował się ku wejściu do izdebki. Kiedy znalazł się w środku, odetchnął, a zapach książek na półkach i herbaty w piwnicy, przypomniał mu, że ma już dużo pracy.
- „Skończyły się wakacje” – pomyślał.
Uśmiechnął się i usiadł. Klaśnięciem rozpalił ogień w kominku. Czajnik jak zwykle napełniony do pełna wodą, zrobił się od spodu trochę pomarańczowy, by już za chwile skakać oznajmiając, że dokonał już swej powinności. Zrobił sobie swojej ulubionej herbaty, brakowało mu jej tam trochę, ale tam żywił się czymś innym.
Postawił gorący napój na stole wyjął zapiski, niedokończone listy i inne kartki i rzucił na blat koło parującego kubka. Spojrzał na sufit. Wykonał w powietrzu jakiś nietrudny gest, by czerwony dach zniknął a wieczorne zachodzące słońce dotarło do jego chatki i rozjaśniło mu miejsce pracy. Oglądał zwój z imionami osób, które gościły u Ciszy. Michael, Rafael, Margaret, Michael i Jena, Oliver i Iris, tu na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia, i inni wiele, wiele innych, tych których miał zaszczyt poznać jak na przykład Ebbie, Dominic, Mii czy Agg i tych poznać mu się nie udało. I spojrzał z zażenowaniem na swoje zapiski. Obiecał Albusowi, że napisze mu, wszystko jak było. Próbował, ale mu się nie udało. Postawił tam na rozmowę, mało czasu miał na pisanie.
- „Ale napiszę to obiecuję Albusie” – powiedział sobie w duchu.
Ponownie usiadł przy stole i zaczął smarować coś na wzór sprawozdania, patrząc co chwila w niewyraźnie napisanie notatki. Popijając herbatę, zanurzony w nadmorskim słońcu pisał do swojego starszego brata, który był dla niego wzorem, jak ojciec. Kiedy zatopiony we wspomnieniach minionych dni kreślił kolejne litery. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Nie wiedziałem, że tak szybko rozeszła się wieść o moim powrocie – powiedział do siebie.
Oderwał się od pracy i otworzył drzwi. Zdziwił się. Bardzo się zdziwił. Przed nim stała Jedna z pięciu królowych Królestwa. Ubrana w białą sukienkę przy ciele mieniącą się tysiącem gwiazdek śniegu. Włosy proste, białe z fioletowymi przebłyskami niekiedy z ledwo dostrzegalnym diademem. Oczy … i ciekawe. Z przepięknym naszyjnikiem, klejnotem na palcu w kształcie płatka śniegu. Zima.
- Simej – szepnął ledwo słyszalnie, a po jego policzku popłynęła łza, wróciły obrazy dawnych dni. – Co Ty tu robisz ? Nie wyglądasz najlepiej. Simej. – powiedział już głośniej i rzucił jej się na szyje.
– Dobrze Cię widzieć kochana – rzekł jej na ucho.
- Wiem, że nie powinnam, ale przyszłam prosić Cię o pomoc. – powiedziała smutnym głosem.
- Jak to nie powinnaś – oburzył się Pat^^.
- Tyle już dla mnie zrobiłeś, a ja jeszcze czegoś chcę. – tłumaczyła się – Chodzi o …
- Czkaj – rzucił – przecież nie będziemy rozmawiać w drzwiach.
- Ale – chciała zaprotestować Zima
- Nie ma ale. Wchodź. – stanowczo poprosił Pustelnik.
Wyczarował drugie krzesło, bardzo ładnie zdobione krzesło, jakby tron.
- Nie trzeba naprawdę.
- Simej – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Dalej pijesz herbatę z różą, maliną, cynamonem i chili.
- Dalej – przyznała.
Otworzył klapę w środku chatki wszedł do herbaciarni, by po chwili wyjść z rudą puszką.
- Wybacz, że musiałaś czekać – usprawiedliwiał się.
- Tęczowy Chłopcze naprawdę nie trzeba.
- Jesteś moją królową, i tak czuję się niegodny przyjmować Cię pod swoim dachem. Więc pozwól mi przynajmniej obsłużyć Cię po królewsku.
Zaparzył wywar i pomieszczenie wypełnił ostry zapach. Postawił przed Panią mrozów puchar. Królowa z rozdrażnieniem popatrzyła i od niechcenia klasnęła w dłonie, a jej puchar i krzesło były teraz takie sama jak te, których używał Pustelnik.
- Przyszłam do Ciebie rozumiesz. Te luksusy mam na co dzień.
Samotnik zrobił zdziwioną minę, ale pokiwał głową, na znak, że rozumie.
- Więc mów Simej. Mów. – Ponaglił gospodarz – A i jeszcze jedna prośba mów mi Pat.
- Zobaczę. W każdym razie mam pewien problem, znaczy nie ja, choć ja poniekąd też.
-Chwila. Spokojnie. Uspokój się.
- Sharon. – westchnęła – opętana strzałą Amora, zakochała się bez pamięci w Iluzji. Wiesz ile ich jest w królestwie.
- W której, hmm…? – dopytywał
- Iluzji Piękna – szepnęła – nie je, nie odzywa się, wpadła w jakiś trans chyba. Proszę Cię pojedź do niej. Przecież byłeś z nią kiedyś. W naszej przeszłości a jej przyszłości, nie wiem jak to się stało, ale ona przedostała się jakoś w czasie.
- Ja też nie, ale jakby nie patrzeć stało się to. Mam małe obiekcje, ale to nic pewnego. Możesz być spokojna udam się do niej lada chwila.
Wstał spakował lnianą oliwkową torbę i złapał królową za rękę. Ona spojrzała mu w oczy.
- Masz jeszcze tę gwiazdkę z zamku. – zapytał
- Mam tę, którą zostawiłam Morisowi w komnacie. – uśmiechnęła się nieco w końcu.
- Daj mi ją proszę.
Zdjęła z palca pierścień i dała go Pat^^’owi.
- To moja obrączka.
- Spokojnie będę jej strzegł jak przystało na królewski klejnot. – obiecał.
Gospodarz klasnął w dłonie, tak że dach wrócił na swoje miejsce, władczyni podniosła się z krzesła i obdarzyła go smutnym, ale serdecznym spojrzeniem.
- Dziękuję.
- Nie dziękuj, jeszcze nie masz za co. – poprosił. – i pozdrów siostry i Miłość.
Wyszli na zewnątrz, trzymając się za ręce spojrzeli sobie głęboko w oczy. Simej powoli niknęła w błękitnej mgiełce. Pustelnik ścisnął magiczny płatek śniegu, by w chwili później znaleźć się w różanym ogrodzie przed ceglanym domem Sharon.
Rozejrzał się półmrok ogarniał całą okolice, a jedynym źródłem światła był niewielki witraż w budynku. Przeszedł przez brukowaną ścieżkę, mijając gołe różane krzewy. Nie było ani jednego kwiatu. Uchylił wielkie, drewniane, brązowe drzwi, a ich skrzypienie poniosło się echem po pierwszym pomieszczeniu. Dzieło architektury, zaczarowane oczywiście robiło niemałe wrażenie. Wysokie sklepienie było pięknie zdobione freskami. Meble były stare i zniszczone, aczkolwiek pięknie i pachnące. Delikatnie dmuchnął przed siebie i świeczki na całym korytarzu zaczęły wesoło tańczyć ogniem, dopiero teraz można było podziwiać budynek w całej okazałości. Wiele obrazów i rzeźb, starych zegarów i skrzyń. Przyspieszył kroku. Po obu stronach widział różne dzieła sztuki. W końcu doszedł do lekko otwartych drzwi, za którymi kryło się światło i ciepło i coś jeszcze. Tajemnica. Wszedł. Ogromny salon zapierał dech w piersiach. Ogrom książek i wielki marmurowy kominek, niewielki drewniany stół przed kominkiem i dwa duże krzesła obite skórą. Na ziemi zaś leżała osoba. Sharon. Piękna i niewinna jak dawniej. Ściskała w ręku różę, dziwną różę. Czarny kwiat. Chłopiec podbiegł do omdlałej istoty, podniósł i przytulił. Ona zapłakała i szepnęła:
- Nie potrafię.
- Cii…- uspokajał ją. – Wstań proszę, pomogę Ci. Cichutko. – Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Tam położył ją na łożu, zabrał jej śmiercionośną roślinę i doglądał ją całą noc, by następnego poranka wyruszyć wraz z nią na Wyspę zapomnienia. Ale to już był następny dzień …
wtorek, 18 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)